Stefcię te bezczelne słowa wyprowadziły z równowagi. Zagrała w niej krew obrazą, podrażniona ambicja ukłuła jak żądłem.
Zmierzyła Edmunda chłodnym wzrokiem, ale odparła spokojnie:
— Nie spodziewałam się spotkać tu pana, nic więcej.
— Ale spotkanie chyba ucieszyło panią. Ja bo na przykład jestem szalenie rad.
Nic nie odpowiedziała, tylko zagryzła usta. W głosie jego czuć było wyraźnie drwiny.
Prątnicki przechylił się przez stół i natarczywie powtórzył raz jeszcze:
— Jestem niezmiernie ucieszony.
— Widać to — odrzekła podrażniona.
— Doprawdy? Ha, ha! To dobrze. Ja lubię być wesoły.
— Czy pan zawsze ma tak... przyjemny humor? — zapytał Waldemar, poruszając się nerwowo na krześle.