Zmierzyli się wzrokiem. Michorowski bardzo blady, Narnicki poruszony. Patrzał badawczo na ordynata z odcieniem surowości. Ale w jego oczach i twarzy ujrzał taką przepaść rozpaczy, tak bezgraniczny ból, że w jednej chwili uczuł sympatię dla tego magnata, którego jeszcze przed chwilą uważał za tyrana Stefci.

Wzruszony rzekł z ukłonem:

— Zapewne... pan ordynat? Jestem Narnicki... jej kuzyn i...

Nie mógł dokończyć z wrażenia.

Michorowski prędko z jakimś kurczem nerwowym w twarzy podał mu rękę i mijając go, podszedł do grobu.

Narnicki, silnie poruszony, zawrócił do bramy, ale potem cofnął się, na brzeg cmentarza i oparty o mur, schowany w gąszczach świerkowych, patrzał z daleka na ordynata.

Waldemar, stojąc przy grobie, rozejrzał się dokoła, a widząc, że jest zupełnie sam, ukląkł i zanurzył twarz w kwiatach. Narnicki prawie nie oddychał: patrzał na zgarbioną postać narzeczonego Stefci, na jego pochyloną nisko głowę, na zgnębienie widoczne nawet z ruchu i w duszy czynił sobie gorzkie wyrzuty:

— Ja go posądzałem... ja go robiłem odpowiedzialnym za jej śmierć... a on ją tak bardzo kochał. Jaki zmieniony... Czy to ten sam człowiek?

Narnicki przypomniał sobie fotografie ordynata, w Głębowiczach zdejmowane, które mu kiedyś pokazywała Stefcia.

— Czy to ten sam człowiek? — myślał teraz.