Pomnik robił wrażenie nadzwyczaj lekkie, jakby wycięty z opłatka.
Niżej, na odłamie skały, widniał gładki szlifowany krzyż i owalna tarcza z nałożonymi wypukło literami.
Pod imieniem i nazwiskiem oraz datą urodzenia i śmierci następował napis:
W pierwszej wiośnie życia zgasła jak jutrzenka...
Jak biały motyl, wplątany w ciernie.
Pozostawiła po sobie łzy.
I w sercu narzeczonego niezgłębioną chmurę.
Bo była jego szczęściem...
Wieńczcie ją anieli.
Pomnik otaczał olbrzymi wieniec kwitnących sztamowych róż w wazonach, stopniowo od wyższych do niskopiennych. Te wiły się już na ziemi, oplątując żelazną, artystycznie rzeźbioną kratę, dosyć niską. Na czterech rogach żelazne słupki zakończały płaskie talerze cyzelowane, z okrągłymi lampami wewnątrz w kształcie kul z rżniętego kryształu, oplecione ukośnie oksydowanym drutem. Na balustradzie wisiały metalowe wieńce zeszłoroczne, już trochę zniszczone, ale przybyło kilka nowych od ordynata i jego rodziny. Dalej poza kratą grupowały się w wazonach wielkie drzewa tui, cyprysów i cedrów, w otoczeniu swojskich brzóz, smukłych, jak przed rokiem ustrojonych w jasnozielone zwoje listków.