Portrety oczekiwały w skupieniu.
Ordynat ruchem ręki oddalił służbę.
Zabrali narzędzia i wyszli cicho.
Wówczas ordynat przetarł ręką czoło, blady, zmieniony. Rozejrzał się po sali ze zmarszczoną brwią, jakby nakazując coś, jakby wołając: — Patrzcie!
Martwe oczy wszystkich portretów wpijały się w mroczną twarz prawnuka. Oczekiwaniem czegoś wielkiego dyszała sala, dyszały postacie w ramach.
Ordynat zbliżył się do ściany, gwałtownym ruchem zerwał pąsową makatę, odrzucając ją daleko.
Głuchy wybuch, krzyk idący z samego serca wypadł z jego piersi. Z rękoma przy skroniach przyklęknął przed portretem narzeczonej.
Antenaci Michorowskich zadygotali.
Szmer wśród nich wzmógł się:
— Kto to?! Kto to?!