— Still, polnisches Vieh!— odzywa się głos oficera.
— Dobrze ci za moim kołnierzem...
— Steht der Kerl da!
Nagle jakiś głos poczyna mówić:
— Pod Twoją obronę...
Bartek podchwytuje natychmiast:
— Uciekamy się, święta Boża Rodzicielko!
I wkrótce chór polskich głosów na tym polu zagłady woła oto do Pa- tronki Częstochowskiej: „Naszymi prośbami nie racz gardzić!” A spod nóg wtórują im jęki: „O Mario, Mario!” I wysłuchała ich widocznie, bo w tej chwili na spienionym koniu przybiega adiutant, rozlega się komenda: „Do ataku broń! Hurra, naprzód!” Grzebień bagnetów pochyla się nagle, szereg wyciąga się w długą linię i rzuca się ku wzgórzom szukać bagnetem tych nieprzyjaciół, których nie mogły dostrzec oczy. Wszelako od stóp wzgórza dzieli naszych chłopów jeszcze ze dwieście kroków i przestrzeń tę muszą przebyć pod morderczym ogniem... Czy nie wyginą do reszty? Czy się nie cofną? Wyginąć mogą, ale się nie cofną, bo komenda pruska wie, na jaką nutę grać tym polskim chłopom do ataku. Wśród ryku dział, wśród karabinowego ognia, dymu i zamieszania, i jęków głośniejszym nad wszystko, trąby i trąbki biją w niebo hymnem, od którego każda kropla krwi skacze w ich piersiach. „Hurra!” odpowiadają Maćki. „Póki my żyjemy!” Ogarnia ich zapał, płomień bije im na twarze! Idą jak burza przez zwalone ciała ludzkie, końskie, przez złomy armatnie. Giną, ale idą z krzykiem i śpiewem. Już dobiegają krańca winnicy, nikną w zaroślach. Śpiew tylko brzmi, czasem błyśnie bagnet. Na górze wre ogień coraz straszniejszy. Na dole trąbki wciąż grają. Salwy francuskich wystrzałów stają się śpieszniejsze, jeszcze śpieszniejsze, gorączkowe i nagle...
Nagle milkną.
Tam na dole stary wilk wojny, Steinmetz, zapala porcelanową fajkę i mówi z akcentem zadowolenia: