Służba wypada z kuchni. — „Wiwat! Pobite Niemcy! Niech żyje poseł! I pani posłowa!”
— A proboszcz? — pyta ktoś.
— Zaraz tu będzie — odpowiada włodarz — jeszcze reszty obliczają...
— Obiad dawać! — woła pan poseł.
— Wiwat! — powtarzają inni.
Wchodzą znów wszyscy z ganku do sali. Powinszowania panu i pani płyną już spokojniej, sama pani tylko nie umie pohamować radości i bez względów na świadków rzuca mężowi ręce na szyję. Ale nie biorą jej tego za złe; owszem, rozczulenie ogarnia wszystkich.
— No, jeszcze żyjemy! — mówi sąsiad z Mizerowa.
Tymczasem przed gankiem rozlega się turkot i do sali wchodzi ksiądz proboszcz, a za nim stary Maciej z Pognębina.
— Witamy! Witamy! — wołają zgromadzeni. — No, jaka większość?
Ksiądz milczy przez chwilę i nagle rzuca jakby w twarz tej powszechnej radości szorstkie i krótkie dwa wyrazy: