On zaś zdjął czapkę i ukazując nią na „Naughty-boy’a,” odpowiedział wesoło, najczystszym, nie londyńskim, ale burzańskim akcentem:
— Bedom, prosę jaśnie hrabiego, widzieli, ale ino jego zad!
Zasiedliśmy do śniadania, które odbywało się pospiesznie; ciotka jednak znalazła dość czasu, by przy czarnej kawie przeczytać, co mówią dzienniki o sprowadzeniu zbiorów ojca do Warszawy. Dziwna rzecz, jak kobiety są wrażliwe na wszelką publiczną pochwałę dla bliskich im mężczyzn. Ciotka aż zakwitła z radości — i była wprost nieoszacowana, gdy przerywając co chwila czytanie spoglądała po przez okulary na mnie z uwielbieniem, na Anielkę z bacznością — i od czasu do czasu mówiła dogmatycznym tonem:
— Nic nie przesadzili! Zawsze był taki!
Ja dziękowałem tylko Bogu, że nie było przy tem jakiego mężczyzny sceptyka; w takim razie naprawdę miałbym niemądrą minę.
Nadeszła godzina ubierania się pań. Na odchodnem ciotka, ułożywszy jak można najobojętniejszą twarz, rzekła.
— Musimy się spieszyć, bo obiecałam małej Zawiłowskiej, że ją wezmę na wyścigi; miała jechać z ojcem, ale on parę dni temu miał atak pedogry.
To rzekłszy, wyszła; my z Anielką spojrzeliśmy po sobie; kąciki jej ust podniosły się w chytrym uśmiechu, a ja rzekłem:
— Anielu, nowe swaty!
Ona zaś przyłożyła palec do ust, niby ostrzegając mnie, że zagłośno mówię i znikła w swoim pokoju, ale po chwili śliczna jej główka znów wychyliła się przezedrzwi.