Twarz Kromickiego zżółkła w jednej chwili.
— Powiedz mi, czemu?
— Bo jeśli ty, mimo wszelkich ostrożności, będziesz miał proces, my nie chcemy w nim figurować.
— Rozumując w ten sposób, nie zaczęłoby się żadnego interesu.
— My też nie mamy najmniejszego powodu zaczynać. Chciałeś, byśmy przystąpili do spółki; powiedz mi, z jakim kapitałem?
— Co tu o tem mówić, ale gdybyście mogli włożyć choć siedmdziesiąt pięć tysięcy rubli...
— Nie, nie włożymy i nie poczuwamy się do obowiązku. Ponieważ jednak jesteś, a raczej stałeś się naszym krewnym, więc ci chcę pomódz. Krótko mówiąc, pożyczę ci siedmdziesiąt pięć tysięcy rubli na prosty kupiecki weksel...
Kromicki stanął i począł patrzyć na mnie, mrugając oczyma, jak człowiek, który śni. Ale trwało to chwilę. Widocznie przyszło mu do głowy, że okazać zbyt wielką radość, byłoby z jego strony niepolitycznie. Kupiecka przezorność — wobec mnie zresztą i śmieszna i niepotrzebna — wzięła w nim górę; uścisnął moją rękę i rzekł:
— Dziękuję ci. Na jaki procent?
— O tem pomówimy w domu. Teraz muszę wracać. Chcę pomówić z ciotką.