Kromicki nie żyje! Katastrofa spadła na nas, jak piorun. Niech Bóg ochrania Anielkę od jakiego wypadku ze zdrowiem! Dziś przyszła depesza, że oskarżony o oszustwo i zagrożony więzieniem, odebrał sobie życie. Wszystkiego-bym się był prędzej spodziewał, niż tego... Kromicki nie żyje! Anielka jest wolna! — ale jak to przeniesie? Od kilku godzin odczytuję co chwila depeszę i zdaje mi się, że śnię. I nie śmiem oczom wierzyć, chociaż nazwisko: Chwastowski, podpisane pod depeszą, ręczy mi za jej prawdę. Ja wiedziałem, że to się musi źle skończyć, alem nie przypuszczał, żeby koniec był tak nagły i tak tragiczny. Nie! nic podobnego przez myśl mi nie przeszło! To też dostałem jakby obuchem w głowę. Jeśli teraz nie pomiesza mi się w mózgu, to już wytrzymam wszystko. Przyszedłem i tak Kromickiemu raz z pomocą; obecnie znów wysłałem mu na ratunek adwokata, więc sumienie nic mi nie wyrzuca. Był czas, żem życzył mu z całej duszy śmierci — prawda, ale właśnie tem większa moja zasługa, żem go mimo wszystkiego ratował. A tu śmierć przyszła, nietylko nie wskutek moich usiłowań, ale wbrew im — i Anielka jest wolna! Dziwna rzecz: ja to wszystko wiem, ale jeszcze w to dostatecznie nie wierzę. Jestem jakby nieprzytomny. Kromicki był mi przecie obcym i zarazem największą zawadą w życiu. Ta zawada nie istnieje, więc powinienbym uczuwać radość bez granic, a jednak nie mogę i nie śmiem jej odczuwać, może dlatego, że łączy się do niej przerażenie o Anielkę. Pierwsza myśl moja po odebraniu depeszy była: co się stanie z Anielką? jak ona tę wiadomość przeniesie? Niechże ją Bóg ochrania! Nie kochała tego człowieka, ale w dzisiejszych warunkach wstrząśnienie może ją zabić. Myślę o tem, żeby ją wywieść.


Co za szczęście, że depeszę oddano mi w moim pokoju, a nie w sali jadalnej, albo w salonie. Nie wiem, czybym zdołał zapanować nad wrażeniem. Przez jakiś czas nie mogłem przyjść do siebie. Następnie zeszedłem do ciotki, ale i jej nie pokazałem odrazu telegramu — rzekłem tylko:

— Odebrałem bardzo złą wiadomość o Kromickim.

— Co? co się stało? — spytała.

— Niech się ciotka nie przestraszy.

— Już jest pod sądem?... tak?...

— Nie... coś gorszego... to jest — już jest pod sądem, ale nie pod ludzkim.

Ciotka poczęła mrugać oczyma.

— Co ty mówisz, Leonie?