— Słuchaj — rzekłem — ja także nie jestem próżny, ale człowiek chce od ludzi jakiegoś uznania. Jestto namiętność wrodzona. Dalibóg nie jestem próżny, a jednak powiem ci szczerze: gdy ludzie widzą we mnie jakieś zdolności, gdy mówią o nich, gdy ich żałują, to chociaż wówczas moja nicość staje mi wyraźniej, niż kiedykolwiek, przed oczyma — jednak to mnie cokolwiek łechce, jednak mi to sprawia jakąś — może gorzką przyjemność — ale przyjemność.
— Bo się żałujesz, w czem zresztą masz racyę. Nie odwracaj kwestyi. Ja wcale nie dowodzę, żeby to mogło komuś sprawić przyjemność, gdy go nazwą osłem.
— Ale ten szacunek, który idzie za sławą?
Śniatyński, który jest bardzo żywy i który w czasie rozmowy ma zwyczaj latać po pokoju, przysiadać na wszystkich stołkach, stołach, przysiadł tym razem na oknie i odpowiedział:
— Szacunek? Mylisz się mój kochany. My jesteśmy dziwnem społeczeństwem. U nas panuje czysto republikańska zazdrość. Ja piszę komedye, pracuję dla teatru — dobrze! zyskałem pewien rozgłos — jeszcze lepiej; otóż tych komedyi będzie mi u nas zazdrościł — myślisz, że tylko drugi komedyopisarz? — nieprawda. Będzie mi ich zazdrościł inżynier, urzędnik bankowy, pedagog, lekarz, agent kolejowy, słowem, ludzie, którzyby i tak nigdy nie pisali komedyi. Ci wszyscy, w stosunkach z tobą, będą ci okazywali, że mało sobie z ciebie robią, w rozmowach po za twojemi oczami będą cię lekceważyli, będą cię umyślnie umniejszali, żeby się przez to samo mogli więksi wydać. Jeśli kto kazał sobie u tego samego krawca surdut zrobić, to przy pierwszej sposobności ruszy ramionami i powie: „Śniatyński? wielka rzecz! ubiera się u Pacykiewicza, tak, jak i ja!” Oto, jak u nas jest — oto, co prowadzi za sobą twoja sława!
— Musi jednak ona być coś warta, skoro sobie ludzie dla niej i przez nią karki kręcą.
Śniatyński zamyślił się nieco i odpowiedział z powagą:
— W prywatnem życiu sława jest o tyle coś warta, że można z niej zrobić podnóżek dla kochanej kobiety.
— Nową sławę zdobędziesz sobie tem określeniem.
Śniatyński przyleciał do mnie z wielkim impetem: