Thalestris siedziała przez jakiś czas bez ruchu z przechyloną w tył głową i otwartymi ustami, rzekłbyś, podając je księżycowi, lecz nagle drgnęła i rozbudziła się jakby ze snu.
— Gdzie ja jestem? — spytała.
— Przy sercu moim — odpowiedział młodzieniec.
— Wszakże my mamy umrzeć, Abdolonimie?
— Tak jest, o piękna moja!
— Kochaszże ty mnie?
Abdolonim przyciągnął ją ku sobie, wpił się ustami w jej usta i pozostali tak, póki im nie zabrakło oddechu.
Po czym zaszemrał znów głos Thalestris, podobny do szmeru strumyka:
— Abdolonimie, wszak śmierć wszystko rozwiązuje i od wszystkiego wyzwala?
— Wyzwala... — potwierdził młodzian.