— A może nie u Krzyżaków?

— Prosim waszą miłość!... Już jeśliby ją zbóje porwali, to przecie nie dla czego innego, jeno dla okupu. A przy tym zbóje nie potrafiliby ni listu napisać, ni pieczęci pana ze Spychowa uczynić, ni zacnego pocztu przysłać.

— Prawda jest. Ale co Krzyżakom po niej?

— A pomsta nad Jurandową krwią? Wolą oni pomstę niż miód i wino, a że przyczyny mają, to mają. Straszny im był pan ze Spychowa, a co w ostatku sił uczynił, to do reszty ich rozjadło95... Mój pan też, słyszałem, na Lichtensteina rękę podnosił, Rotgiera zabił... Mnie Bóg pomógł, żem psubratu ramię skruszył. Hej!... Prosim pięknie: czterech było, zatracona ich mać, a teraz ledwie jeden żywie, i to stary. My też zęby mamy, wasza miłość.

Nastała znów chwila milczenia.

— Roztropny z ciebie giermek — rzekł wreszcie Maćko. — A jakoże myślisz, co z nią uczynią?

— Kniaź Witold: potężny kniaź; mówią, że i cesarz niemiecki w pas mu się kłania, a co uczynili z jego dziećmi? Mało tu u nich zamków? Mało podziemi? Mało studzien? Mało powrozów i pętli na szyję?

— Dla Boga żywego! — zawołał Maćko.

— Daj Bóg, żeby młodego pana nie pochowali, choć z książęcym listem i panem de Lorche pojechał, któren jest pan możny i książętom pokrewny. Hej, nie chciałem ja tu jechać, bo tam łatwiej by się potykać zdarzyło. Ale mi kazał. Słyszałem, jako raz mówił do starego pana ze Spychowa: „Zaliście wy chytrzy? — powiada. — Bo ja chytrością nie wskóram nic, a z nimi tego trzeba! Oj! — powiada. — Stryk Maćko, ten by się tu przydał!”. I z tej przyczyny mnie wysłał. Ale Jurandówny to i wy, panie, nie najdziecie96, bo ona może już na tamtym świecie, a przeciwko śmierci by97 i największa chytrość nie pomoże...

Maćko zamyślił się i dopiero po długim milczeniu rzekł: