— Tak dostał, aże gnojem popuścił!

— A niechże cię! — ozwał się, podjeżdżając, Zych. — Od jednej strzały!

— Ba, blisko było, a to przecie okrutny pęd. Obaczcie: nie tylko żeleźce, ale i brzechwa522 całkiem mu się schowała pod łopatką.

— Myśliwcy muszą być już blisko; pewnikiem ci go zabiorą.

— Nie dam! — odpowiedział Zbyszko. — Na drodze zabit, a droga niczyja.

— A jeśli to opat poluje?

— A jeśli opat, to niech go bierze.

Tymczasem z lasu wychyliły się naprzód psy, których było kilkanaście. Ujrzawszy zwierza, rzuciły się na niego ze strasznym harmidrem, zbiły się na nim w kupę i niebawem poczęły się między sobą gryźć.

— Zaraz będą i myśliwi — rzekł Zych. — Ot, patrz! Już są, jeno dalej przed nami wypadli i nie widzą jeszcze zwierza. Hop! hop! Bywajcie tu, bywajcie!... Leży! Leży!...

Lecz nagle umilkł, przysłonił oczy ręką, a po chwili ozwał się: