Spod ołowianego nieba dochodziło tylko krakanie wron lecących z głuchych puszcz ku ludzkim siedliskom.
A następnie poczęła się śpieszna rozmowa morderców:
— Ludzie nic nie widzieli! — rzekł zdyszanym głosem Danveld.
— Nic. Poczty są na przedzie; nie widać ich — odparł Löwe.
— Słuchajcie: będzie powód do nowej skargi. Rozgłosim, że mazowieccy rycerze napadli na nas i zabili nam towarzysza. Podniesiem krzyk, aż go w Malborgu usłyszą, że nawet na gości książę nasadza morderców. Słuchajcie! Należy mówić, iż Janusz nie tylko nie chciał wysłuchać naszych skarg na Juranda, ale kazał zamordować skarżyciela.
De Fourcy przewrócił się tymczasem w ostatniej konwulsji na wznak i leżał nieruchomy, z krwawą pianą na ustach i z przerażeniem w martwych już, szeroko otwartych oczach. Brat Rotgier popatrzył na niego i rzekł:
— Uważcie807, pobożni bracia, jako Bóg karze sam zamiar zdrady.
— Cośmy uczynili, uczyniliśmy dla dobra Zakonu — odrzekł Gotfryd. — Chwała tym...
Lecz przerwał, bo w tej samej chwili z tyłu za nimi, na zakręcie śnieżnej drogi, ukazał się jakiś jeździec, który pędził co koń wyskoczy. Ujrzawszy go, Hugo de Danveld zawołał prędko:
— Ktokolwiek ten człowiek jest: musi zginąć.