Słowa te były dla księżny Anny czymś tak niespodzianym, że aż zerwała się z ławy, po czym znów siadła i jakby nie rozumiejąc dobrze, o co chodzi, rzekła:
— Rany boskie!... Ksiądz Wyszoniek?...
— Miłościwa pani!... Miłościwa pani! — prosił Zbyszko.
— Miłościwa pani — powtarzała za nim Danusia, obejmując znów kolana księżny.
— Jakoże to być może bez pozwoleństwa rodzicielskiego...
— Zakon Boży mocniejszy! — odpowiedział Zbyszko.
— Bójcieże się Boga!
— Kto ojciec, jeśli nie książę?... Kto matka, jeśli nie wy, miłościwa pani!
A Danusia na to:
— Miłościwa matuchno!