Maćko znów począł sapać, tym razem z zadowolenia.
— No! — rzekł. — Chłop to on jest nie na śmiech. Ostatni z Gradów, ale, tak mi dopomóż Bóg, niepośledni. Juści, a wówczas z Fryzami?... Prawy wyrostek był...
Tu spojrzał uważniej raz i drugi na Czecha, po czym znów:
— Ale i tyś mi się udał. I widać nie łżesz. Ja ci łgarza i przez deskę poczuję. Nic jeszcze ten giermek, bo sam mówisz, żeś nie miał wiele roboty, ale żeś tamtemu psubratu ramię skruszył, a przedtem tura zwalił, to godne uczynki.
Po czym spytał nagle:
— A łup? Czy także godny?
— Wzięliśmy zbroje, konie i chłopa dziesięciu, a ośmiu wam młody pan przysyła.
— Cóże z dwoma uczynił?
— Odesłał z ciałem.
— Nie mógł to książę swoich pachołków wyprawić? Tamci już nie wrócą.