— Skąd wiesz o gościńcu? — zapytał Maćko.
— Od chłopów tutejszych, których mam między ludźmi kilkunastu. Oni to wszędy nas prowadzą.
— A jak daleko od zamku i od wyspy przypadniesz1197?
— W mili.
— To dobrze, bo gdyby było bliżej, mogliby z zamku knechtów w pomoc pchnąć, a tak nie tylko nie nadążą, ale i krzyku nie usłyszą.
— Jużci, że o tym pomyślałem.
— Pomyślałeś o jednym, pomyślże i o drugim: jeśli to wierne chłopy, wyślij ich dwóch albo trzech naprzód, aby który pierwszy obaczy Niemców, zaraz dawał nam znać, że idą.
— Ba, już i to zrobione!
— Tedy jeszcze ci coś powiem. Każ stu albo dwustu ludziom, zaraz jak tylko bitka się zacznie, nie mieszać się do niej, jeno skoczyć i przeciąć drogę od wyspy.
— Pierwsza rzecz! — odpowiedział Zbyszko. — Ale już i takie rozkazy wydane. Wpadną Niemce jakoby w potrzask albo jako w oklepce!