Pomruk gniewu i oburzenia zwiększył się jeszcze, ale ksiądz Kaleb nie chcąc, by zmarniał tak niesłychany uczynek miłosierdzia, zwrócił się ku szemrzącym i zawołał:
— Kto się świętemu śmie sprzeciwić? Na kolana!
I klęknąwszy sam, począł mówić:
— Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje...
I odmówił Ojcze nasz do końca. Przy słowach: „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, oczy jego zwróciły się mimo woli na Juranda, którego oblicze zajaśniało istotnie jakimś nadziemskim światłem.
A widok ów w połączeniu ze słowami modlitwy skruszył serca wszystkich obecnych, gdyż stary Tolima o zatwardziałej w ustawicznych bitwach duszy, przeżegnawszy się krzyżem świętym, objął następnie Jurandowe kolano i rzekł:
— Panie, jeśli wasza wola ma się spełnić, to trzeba jeńca do granicy odprowadzić.
— Tak! — skinął Jurand.
Coraz częstsze błyskawice rozświecały okna; burza była bliżej i bliżej.