Później przekonałem się, że oba brzegi Morza Czerwonego i dalej jeszcze: wybrzeża Zatoki Adeńskiej78 aż do przylądka Guardafui79 czynią podobne wrażenie martwoty.

Lecz w dzień słychać u podnóża wzgórz świst lokomotyw, którym odpowiadają z portu rykiem wielkie parowce. Piaski półwyspu Synaj świecą się wesoło w słońcu. Po niebieskiej wstędze kanału mkną w tę i tamtą stronę łodzie lub feluki80 arabskie, podobne z dala do stad dzikich kaczek albo gęsi. Czasem przesunie się parowiec, ogromny jak wieloryb. Okrągłe jego okna świecą w blasku, jakby spod równika wiózł tuziny słońc na sprzedaż do zimnych krajów, a z komina bucha kłębami dym, tworząc czarne plamy na błękicie. Wszędy moc powietrza i światła. Stada mew pławią się w nim rozkosznie, to błyskając białymi brzuchami pod słońce, to jakby topniejąc w oddaleniu. Kto się chce napatrzyć na grę światła, niech patrzy na żagle feluk. W chmurny dzień są one jednostajnie białe, ale gdy słońce uderzy na wody i piaski, świecą złoto, różowo, błękitnie, mienią się jak tęcza i wówczas rozumie się, że owa jaskrawość barw w obrazach „plenerzystów”81 nie jest taką swawolą, jaką się na pierwszy rzut oka wydaje.

Ale dni chmurnych więcej było niż pogodnych, zatem i mało wrażeń kolorystycznych. Poznałem wreszcie i miasto, i port Ibrahim, i dygi82, i wszystkie statki, i prawie że wszystkie twarze Arabów. Aż wreszcie którejś nocy nadszedł „Bundesrath”. Nie widziałem go, jak przechodził przez kanał, tegoż samego jednak wieczora opuściliśmy miasto i pojechali do portu, by nazajutrz do dnia stanąć na pokładzie. Co za nocleg w porcie! Nędzny i brudny hotel zajęty był od góry do dołu, jak się zdaje, przez urzędników kompanii, stale zamieszkujących na miejscu, dano więc nam łazienkę. Zapach z rur wanny, karaluchy, prusaki i inne mniejsze, ale bardziej krwiożercze istoty nie dały nam oczu zmrużyć. Nabrałem po tym noclegu szacunku dla armii miejscowej. Egipska jazda może być niewiele warta, ale piechota odznacza się nadzwyczajną zaciekłością.

Jeszcze nie dniało, gdy zbudził nas Murzyn hotelowy — i w towarzystwie Arabów niosących rzeczy ruszyliśmy nad kanał, gdzie przed niemiecką agencją stał mały parowczyk mający nas zawieźć do „Bundesrathu”. W mieście spało wszystko. Obładowani małymi pakunkami, byliśmy podobni wśród nocy do rabusiów pragnących się wymknąć z miasta. Ale oto przy bulwarku widać błękitne światło latarki: to nasz parowczyk. Siadamy, bierzemy rzeczy, płacimy Arabów — i jazda. Na statku jest jeszcze jakiś Grek jadący również do Zanzibaru i kilku Arabów należących do załogi, którzy przy migotliwym blasku latarek wyglądają po prostu fantastycznie. Cisza naokół, słychać tylko chrapliwe, a zarazem senne dźwięki arabskiej mowy. Przesuwamy się wzdłuż domów o ciemnych oknach i wpływamy wreszcie na szerszą wodę, ubieloną już świtem. „Bundesrath” stoi dość daleko, a że pod tą szerokością dzień wstaje szybciej niż u nas, więc wkrótce czyni się zupełnie widno. Minąwszy kilka parowców, spostrzegamy wreszcie „Bundesrath”. Nie jest on zbyt wielki, nie większy od „Ravenny”, którą jechałem z Neapolu do Port-Said. Jeśli fala weźmie nas od przodu lub z boku, będziem się kołysali nie na żarty. Ale nic to! Stateczek zbliża się coraz więcej. Przez poręcz wysokiego pokładu wychylają się ku nam głowy niemieckich majtków. Wchodzimy na pokład, a stamtąd do salonu. Statek jest widocznie nowy i porządny. Ściany z politurowanego drzewa, lustra i czerwone aksamitne meble tworzą całość, jeśli nie zbyt wykwintną, to przynajmniej schludną. Widok stołów nakrytych białymi obrusami, filiżanek i imbryków na fajerkach, z których pachnie kawa, mile uderza oczy i przypomina, że jesteśmy na czczo. Ale salon jest pusty. Podróżni spoczywają jeszcze widocznie w objęciach Morfeusza83, tylko od czasu do czasu pokazują się zaspane twarze stewardów84. Biorą nam bilety, obejmujemy w posiadanie kabiny — i oto jesteśmy zagospodarowani na dni czternaście.

Na czternaście — o ile naturalnie wszystko pójdzie pomyślnie.

Pierwszą tualetę na statku robi się zwykle starannie. Jest to kokieteria względem przypuszczalnych towarzyszek podróży. Zresztą po noclegu w porcie było to i z innych względów konieczne.

A teraz — inauguracyjna kawa — i pobożne a ciche życzenie, by pierwsza Niemka, która się ukaże, była co najmniej do Gretchen85 podobna.

W salonie jeszcze pusto — ale to nic. Przecie to jest niemiecki „Bundesrath”, nie żaden „Fliegende Holländer”86. Jakoż słychać już lekkie kroki i wchodzi — młody człowiek z bardzo krótko ostrzyżoną czupryną i bardzo długimi żółtymi wąsami. Wszedłszy, przedstawia się natychmiast:

— Moje nazwisko jest X. X.

Po zwykłej wymianie grzeczności zaczyna się rozmowa, której pierwszym niemal pytaniem jest, ilu też pasażerów znajduje się w pierwszej klasie „Bundesrathu”.