W miarę jak oddalamy się od morza w głąb miasta, ulice stają się coraz ciaśniejsze, a na koniec zaczyna się prawdziwy labirynt uliczek, często nie szerszych nad półtora metra: jest to dzielnica indyjska, najbogatsza i najbardziej handlowa w Zanzibarze.

Sklep tu przy sklepie i rozmaitość widoków wielka. Targ produktami europejskimi jest w Zanzibarze w ręku Europejczyków, natomiast cały handel egzotyczny zagarnęli prawie wyłącznie Hindusi. Odróżniają między nimi Indian portugalskich Goaneze od angielskich Banyana i Parsi. Pierwsi tylko kolorem różnią się od Europejczyków, zresztą strój noszą europejski, wyznają religię katolicką i żyją jak biali ludzie. Niektórzy z nich trudnią się nawet sprzedażą towarów europejskich; w wielkich na przykład magazynach Souzy można dostać wszystkiego, co znajduje się w „grocerniach”167 angielskich lub amerykańskich.

Parsi noszą czarne surduty i wielkie skórzane czapki na głowie. Podczas gdy kult ognia został wytępiony we właściwej Persji przez mahometanizm, oni, schroniwszy się do Indii, przechowują go dotąd w pierwotnej czystości. Stanowią oni inteligencję indyjską; wielu z nich trudni się medycyną lub prawem. Dawano mi o nich bardzo sprzeczne wiadomości, podczas bowiem gdy jedni zapewniali mnie, że Parsi są najuczciwszymi między Indianami — drudzy uważali ich za największych oszustów. Ponieważ nie zetknąłem się z nimi wcale, nie umiem między tymi dwoma opiniami rozstrzygnąć.

Najliczniejsi są Indianie Banyana. Wyznają oni brahmanizm, budaizm a po części i mahometanizm, co ułatwiło ich stosunki z Arabami i dozwoliło im zająć wybitne stanowisko na wyspie, jeszcze zanim o protektorat nad nią poczęli się spierać Anglicy i Niemcy. Są oni wszystkim w Zanzibarze: celnikami, urzędnikami, kupcami na wielką skalę i detalicznymi; rzemiosła są w ich ręku, bankierstwo również, lichwa przede wszystkim. Dzięki opieszałości arabskiej zagarnęli całe bogactwo kraju. Arabowie z Maskatu168, podbiwszy Zanzibar, podzielili między siebie ziemię Murzynów i wytworzyli większą własność ziemską; Indianie Banyana obdłużyli ją — i teraz — pola gwoździkowe uprawia Arab, plon zabiera Hindus. „Tout comme chez nous!169 Jest tylko ta różnica, że większa własność w Zanzibarze nie posiada, o ile wiem, organów poświęconych jej interesom.

„Świat wyszedł z normy”170, jak powiada Hamlet: oto zauważyłem, że krajów, w których by nieznaną była subhastacja171 — nie ma już prawie na świecie, chyba tam gdzieś w głębi Afryki, gdzie „większa posiadłość” należy jeszcze do nosorożców i żyraf.

Ale Indianin Banyana ma jednak swoje dobre strony. Oto pożycza on Arabowi naprzód póty, póki kapitał wraz z procentami nie wyrówna wartości pól gwoździkowych, potem z nich Araba wywłaszcza, a potem... (słuchajcie!!)... jeszcze daje mu kredyt, i to bardzo szeroki. Bierze go tylko na bok i ma do niego mniej więcej następującą mówkę:

„Cóż ja!? Ja jestem sobie zwyczajny Ży... to jest: zwyczajny Banyańczyk, który nie lubi niebezpieczeństw, ale ty, o wnuku proroka, ty się w nich kochasz, jesteś bowiem waleczny jak lew, szybki jak antylopa, a wytrzymały jak wielbłąd. Oto są towary, oto proch, kule, karabiny i dzidy: weźże ludzi, których ci również dostarczę, i zrób z nimi maleńką wycieczkę, gdzieś na Tanganajkę lub Wielkie Nyanzy. Zabawisz się tam pysznie, posiedzisz rok lub półtora, kupisz lub złupisz tyle kości słoniowej, ile będziesz mógł, i przywieziesz mi ją do Zanzibaru, a ja ci wówczas tyle a tyle z twego długu odkreślę, a zarazem nowy kredyt otworzę”.

I Arab, eks-większy właściciel ziemski, który jest człekiem istotnie rycerskim a gołym, zgadza się nieodmiennie na taki układ; idzie, bawi rok lub półtora w nieznanych głębiach Czarnego Lądu, kupuje lub łupi kość słoniową, urządza mimochodem polowania na niewolników, nadstawia co dzień głowy, często zostawia skórę, często zbiera wielkie zapasy drogocennej kości i wraca z nią święcie do swego Indianina w Zanzibarze.

Ale pomyślisz, czytelniku, że Arab, raz znalazłszy się w głębi Czarnego Lądu wraz z bronią i towarami, mógłby Indianinowi kazać pisywać do siebie na Berdyczów172. Nie tak to łatwo! Indianin popuszcza łańcucha dlatego tylko, iż wie, że można go popuścić. Przecie ten Arab zostawił w Zanzibarze od pięciu do dwudziestu żon, tyleż teściowych i dwa lub trzy razy tyle dzieci — nie licząc dawniejszej „większej własności”, na którą od czasu do czasu miło mu rzucić okiem i mruknąć sobie przy tym:

— Tak chciało przeznaczenie!...