Pierwszy wieczór w Bagamoyo zeszedł mi na rozmowie o tych sprawach z misjonarzami. Siedząc na werandzie domu i gawędząc, czekaliśmy na powrót towarzyszów z obiadu wydanego w mieście przez zastępcę Wissmana. Wraz z ich przybyciem księża porozchodzili się na spoczynek — ja zaś zostałem sam na werandzie, której żelazne kraty pozamykano starannie. Jest to jednak jeszcze pierwotny i dziki kraj, w którym po zachodzie słońca nawet po ogrodzie misji byłoby niebezpiecznie się przechadzać. Noc była gwiaździsta, ale ciemna, bo bezksiężycowa — i duszno bardzo. Ogród w głębi przedstawiał zbitą czarną ścianę, bliżej zaś wyglądał jak fantastyczny dziewiczy las. Naokół rozlegały się głosy żab, dziwne, do świergotu ptactwa podobne, niepołączone w stałe rzechotanie, ale przerywane, powtarzające się co chwila w jednakich odstępach czasu. Dwa olbrzymie brytany duńskie, zamknięte na werandzie, przychodziły się łasić do mnie, czasem zaś, przesadziwszy paszcze przez kraty i zjeżywszy karki, szczekały basem na ogród, wietrząc widocznie nieprzyjaciół ukrytych w ciemności. Jakoż tej samej jeszcze nocy budziłem dwukrotnie mego towarzysza, by posłuchał głosów, prawdopodobnie lamparcich, dochodzących z głębi ogrodu.

Na dworze nie było najmniejszego powiewu, więc i upał nie zmniejszał się wcale, chociaż padała wilgoć obfita. Oddycha się tu powietrzem jeszcze cięższym i niezdrowszym niż w Zanzibarze. Miałem na sobie ubranie z flaneli niemal tak cienkiej jak płótno, a jednak pot osiadał mi co chwilę na czole — i nie czułem żadnej ochoty do snu. Ale mimo tego myśl, iż już jestem na stałym lądzie i że za kilka dni wyruszę w głąb, takim przejmowała mnie zadowoleniem, że była to dla mnie jedna z najprzyjemniejszych bezsennych nocy, jakie kiedykolwiek spędziłem.

XII

Ostatnie przygotowania. — Brat Oskar. — Nasi ludzie. — Ceregiele przed wyruszeniem. — Bagamoyo. — Wissman. — Psychologia czarnych. — Życie w Bagamoyo. — Domy. — Mrówki. — Obiad w klubie oficerskim. — Owady.

Nadeszły dni krętaniny, poprzedzającej wyruszenie z misji. Frère Oscar zamykał się w swoim pokoju z całym naszym kramem, to jest zapasami żywności i towarami, rozdzielając je na paki ważące po 30 kilo. Tyle każdy pagazi nosi w czasie pochodów na głowie. Zwierząt jucznych nie używa się w tej części Afryki, bo zresztą prawie ich nie ma. Podczas wypraw zastępują je Murzyni. W samym Bagamoyo znalazłoby się może parę tuzinów osłów, używanych do pracy w plantacjach; koni, o ile wiem, jest jedna para, należąca do bogacza Sewa-Hadżi; wielbłądy nie są tu wcale znane; z bydła rogatego trzymają garbatą indyjską odmianę, zwaną zebu. Woły tej rasy dałyby się zapewne użyć do dźwigania ciężarów, ale przez swą powolność opóźniałyby niezmiernie pochód, przynęcały lwy i wreszcie wyginęłyby niechybnie od ukąszeń muchy tse-tse, która znajduje się w obfitości przy wszystkich wodach.

Dwa lub trzy osły byłyby pożyteczne w karawanie, choćby dlatego, żeby móc siąść na którego w czasie zmęczenia. Są one jednak naprzód bardzo kosztowne. Cena osła, która w Egipcie wynosi kilkadziesiąt franków, dochodzi w Bagamoyo do pięciuset. Dalej mucha tse-tse jest prawie dla osłów równie niebezpieczna jak dla wołów; po nocach trzeba także nad nimi czuwać, a na koniec ma się z ich powodu tysiące kłopotów przy przeprawach. Mostów oczywiście nigdzie nie ma. Przez rzeki przejeżdża się pirogami lub przebywa się je w bród, wyszukując umyślnie miejsc płytkich, ale bardzo bystrych, we wszystkich bowiem innych roją się krokodyle. Otóż tam, gdzie człowiek przechodzi mniej więcej łatwo — osła, który podstawia prądowi cały długi bok, woda znosi. Jeżeli go zniesie — odnajdą go tylko krokodyle; trzeba więc nieszczęsnych kłapouchów przeciągać przemocą na linach, co przy ich uporze zabiera całe godziny czasu.

Postanowiliśmy przeto, idąc za radą brata Oskara, nie brać osła. O dwunożnych czarnych pagazis były także trudności niemałe. Ów oficer, który nam podczas obiadu w misji zapowiedział, że ma rozkaz udania się do kraju Usagara, wyszedł rzeczywiście na czele dwustu żołnierzy, przy czym dla niesienia zapasów zabrał wszystkich Murzynów, jakich mógł w okolicy znaleźć, reszta zaś uciekła w gąszcza. Widziałem nazajutrz po przybyciu całą tę karawanę na placu miejskim, obok niemieckiego fortu. Żołnierze stali w szeregach pod bronią, pagazisowie zaś leżeli w malowniczych grupach na spieczonej słońcem murawie, czekając na hasło wyruszenia. Przez chwilę żałowałem, żem się nie przyłączył do tej wyprawy, myślałem bowiem, że jeśli tym Murzynom, których oficer nie zdołał zabrać, spodoba się siedzieć dla bezpieczeństwa przez dwa lub trzy tygodnie w gąszczach, to znów nastąpi mitręga bez końca. Jakoż, gdyby nie stosunki misjonarzy i nie mir258, jakiego zażywa między czarnymi brat Oskar, osiedlibyśmy niechybnie na koszu259. Brat Oskar miał jednak wiadome sobie sposoby trafienia do zbiegów i przedstawienia im, że chodzi tu o wyprawę z przyjaciółmi ojca Stefana, którzy dobrze zapłacą i którzy nie idą na wojnę. Skutkiem tego zaraz nazajutrz rozmaite obce czarne figury poczęły się pojawiać w misji, a potem przybywało ich coraz więcej. Kto wziął zadatek wynoszący, o ile pamiętam, półtorej rupii, to jest około trzech franków, ten tym samym przyjmował zobowiązanie. Nie groził nam też tu zawód, na jaki naraża się każdy podróżny najmujący ludzi w Zanzibarze, gdzie Murzyni biorą zadatek i nie pokazują się więcej.

Brat Oskar znał ludzi, więc wybierał tylko najuczciwszych, a zresztą Murzyni, kochając misjonarzy i potrzebując ciągle ich opieki, rzadko pozwalają sobie nie dotrzymać zobowiązań, jakie względem nich zaciągną. Zachodziłem raz wraz do celi brata Oskara, aby przypatrzeć się twarzom tych przyszłych towarzyszów i umieć je później pomiędzy innymi czarnymi rozeznać. Murzyni dla nieprzywykłego oka są wszyscy do siebie podobni, tak samo zresztą, jak i my dla nich wydajemy się zapewne między sobą podobni. Wkrótce jednak nauczyłem się ich odróżniać. Byli to ludzie z M’-Guru i Uzaramo. Znajdowało się między nimi kilku chrześcijan, jako to Bruno, przewodnik karawany, mały Tomasz z narodu ludożerczego Udoe, syn owego króla Muene-Pira, o którym wspomniałem wyżej — i Franciszek, tłumacz. Tych łatwo było odróżnić po krzyżykach zawieszonych na piersiach; mały zaś Tomasz miał prócz tego spiłowane na ostro przednie zęby, którą to oznakę, powszechną u ludożerców, wyniósł z domu. Brat Oskar miał roboty w bród. Samo zgromadzenie zapasów i sprzętów, między którymi były polowe łóżka, namiot, strzelby, żywność, perkale, a dalej rozdzielenie tego na równoważące paki, zabrało niemało czasu. Przy tym trzeba było z każdym Murzynem gadać osobno, zgodzić go, zadatkować i wyznaczyć każdemu, co ma nieść. Zdaje się, że gdy paki jedna w drugą ważą po trzydzieści kilo, wszystko jedno, jaką kto niesie — tymczasem nieprawda! Murzyn wybiera sobie pakę, przywiązuje do niej swój bambus, uważa, że jest obowiązany nieść tę, a nie żadną inną — i zdaje mu się, że uchybiłby własnej godności, gdyby się innej dotknął. Łączy się z tym i miłość własna, i naiwna próżność, bo jeśli który niesie na przykład strzelby białego człowieka, jego łóżko, torbę podróżną lub inne rzeczy bezpośredniego użytku, to tym samym uważa się za większą figurę od tych, którzy dźwigają perkal lub mąkę. Tłumacz to już dygnitarz co się nazywa, który co najwyżej raczy nieść strzelbę lub latarkę.

Przypatrując się tego rodzaju ceregielom, nabywa się wprawy podróżniczej, cierpliwości i znajomości czarnych. Murzyni są gadatliwi nie mniej niż egipscy Arabowie, a przy swym dziecinnym usposobieniu spierają się o byle co, kłócą się, śmieją lub krzyczą, łatwo więc sobie wystawić260, jaki stąd powstaje rozgardiasz, zwłaszcza w pierwszych chwilach przy urządzaniu karawany. Trzeba tych ludzi znać doskonale, by umieć utrzymać karność, a nie wpaść w tyraństwo.

Podziwiałem istotnie pod tym względem brata Oskara. W postępowaniu jego z czarnymi nie było ani sentymentalnej przesady, ani też grozy. Załatwiał on wszystko w sposób wesoło-rubaszny, rozdawał od czasu do czasu żartobliwe szturchańce, okraszone konceptem261, po którym cała czarna trzódka brała się za boki, powtarzając: „O m’buanam! m’buanam!” (O panie, panie!). Uśmiech dobrotliwy nie schodził z jego twarzy, a jednak trzymał ład, jednym spojrzeniem przecinał spory lub zbytnią gadaninę. Kto umie być wesołym, nie tracąc przy tym powagi, ten śmiechem i konceptem zdoła jakoby wszystko od Murzynów wymóc i wszędzie ich doprowadzić. Ale oczywiście jest to dobry sposób dla tych, którzy posiadają doskonale język miejscowy. Kto go nie umie, nie może się puszczać na koncepta, a musi jednak utrzymać w ryzie swoich ludzi, albowiem przy wszystkich dobrych stronach Murzynów, źle by się działo z podróżnikiem, którego by pozbadli262. Ma się do wyboru: albo narzucić karność, albo stać się ofiarą rozhukanej samowoli. Ponieważ i brat Oskar ostrzegał nas kilkakrotnie, że trzeba ludzi krótko trzymać, więc spotykając ich bądź to na werandzie misji, bądź w pokoju brata przy rozdzielaniu pak, czyniliśmy tak jowiszowe263 twarze, że nam się samym śmiać chciało. Murzyni też spoglądali zarazem z ciekawością i obawą na swych przyszłych M’buana kuba i M’buana ndogo, z którymi mieli się nie rozstawać przez całe tygodnie i którzy mogli okazać się dla nich dobrzy albo bardzo źli. Biały człowiek, który wychodzi z karawaną w głąb, staje się siłą rzeczy nieograniczonym panem ludzi — a i każdy Murzyn ma to we krwi, że raz nająwszy swe usługi, uważa się przez czas trwania układu poniekąd za niewolnika swego chlebodawcy.