W wigilię dnia, w którym oczekiwano „Pei-Ho”, dostałem nieco gorączki. Była to już jednak prawdopodobnie gorączka płynąca z oczekiwania, nie z febry. Nie spałem całą noc. Jeszcze srebrne taśmy od gwiazd drgały na fali, gdy zasiadłem już w oknie z lornetką w ręku, chcąc koniecznie widzieć przybycie „Pei-Ho”, który miał wejść na kanał o świcie. Jakoż, ledwie noc zapadła w morze, a pierwsze promienie rozświeciły wody, ujrzałem w dali szarą plamkę, która zwiększając się stopniowo, zmieniła się wreszcie w ogromny pióropusz dymu. Nie miałem już wątpliwości, że zbliża się wielki parowiec, nie byłem tylko pewny, czy to jest „Pei-Ho”, ten, na który czekam. Tymczasem z wolna zarysowały się maszty i reje, a następnie i czarne pudło statku poczęło się wynurzać spod wody. W pobliżu wyspy wywieszono chorągiewkę na głównym maszcie, której jednak z powodu blasku nie mogłem rozpoznać. W pół godziny później statek wspaniały i ogromny jak lewiatan336, przesunął się opodal mego okna. Wyznaję, że gdym na przodzie jego, wedle dzioba, wyczytał: „Pei-Ho”, krople zimnego potu wystąpiły mi na czoło i uczyniło mi się prawie słabo. Byłem jeszcze chory, a przy tym stęskniony ogromnie do swoich.
Chciałem zaraz żegnać się z poczciwymi siostrami i jechać, tymczasem nadszedł mój towarzysz z oznajmieniem, iż w agencji powiedziano mu, że statek przyjmuje podróżnych dopiero nazajutrz, to jest w dniu wyruszenia. Jednakże o dziesiątej pojechaliśmy obaj bez pakunków, by obejrzeć kabiny i zamówić sobie dobre miejsca. Po długim pobycie w Zanzibarze i na stałym lądzie ów komfort europejski, zwierciadła, złocenia, aksamity, wygoleni stewardowie we frakach i białych krawatach — czynią prawie onieśmielające wrażenie. Taka to pełnia cywilizacji, tak się od tego odwykło, tak się przywykło do nagich czarnych skór i prostackiego życia! Natomiast krętanina na statku, widok pomostu, masztów, rei, sznurów, drabin napełnia człowieka radością. Powrót przestaje być życzeniem tylko, a staje się czymś realnym. Życie okrętowe rzuca się w oczy. Aż dziwnie pomyśleć, że za dwanaście dni będzie się już w Suezie, a po przebyciu kanału na wodach europejskich. W pierwszej chwili prawie się nie chce temu wierzyć.
W samo południe wróciliśmy do miasta. Zwykle o tej porze kanał bywa pusty, ale przybycie statku zmienia wszystko. Naokół mrowiło się od łodzi, czarnych wioślarzy i białych kapeluszy Europejczyków. Ci nawet, co zostają, ci, którzy nie mają kogo odprowadzać, jadą na okręt, by choć przez chwilę odetchnąć życiem Europy.
Wróciwszy, zamówiłem sobie łódź i kilkunastu czarnych drapichrustów, którzy mieli przenieść do niej moje pakunki. Resztę dnia zeszło na wizytach. Po południu pożegnałem siostry, przy czym miałem jakby wyrzut sumienia, że z taką radością opuszczałem te ciche istoty, które okazały mi tyle troskliwości i dobroci, a dla których nie ma innego odjazdu, jak chyba na ową Wyspę Umarłych. Byłem jeszcze u msgra de Courmont i ojca Le Roy, a wieczorem na Mnazimoi, by ostatni raz ogarnąć oczyma ów bogaty egzotyczny krajobraz, z którym nazajutrz miałem się pożegnać, prawdopodobnie na zawsze. Słońce zachodziło pogodnie. W spokojnych lagunach, napełnionych po brzegi przez przypływ, odbijały się palmy i drzewa mangowe; w głębi wyspa przedstawiała się jak jeden wielki bukiet piętrzący się na czerwonawym tle nieba. Jużem się był oswoił z tym widokiem, teraz jednak uderzył mnie na nowo jego przepych i dziwaczna fantastyczność, tak rozbujała, że niepodobna niemal do rzeczywistości, ale raczej do sennych i przy tym gorączkowych widzeń.
Wróciwszy do szpitala, dowiedziałem się, że na naszym „Pei-Ho” umarł już jeden z podróżnych. Był to Anglik, przedstawiciel wielkiego domu handlowego w Zanzibarze. Będąc mocno chory, wyczekiwał statku jak zbawienia i wskutek usilnych starań konsulatu wyrobił sobie prawo przeniesienia się na pokład natychmiast po przybyciu statku. Myślał, że w ten sposób odejmie się febrze, ale trzeci atak znalazł go w kabinie i dobił. Mówiono mi później, że biedaczysko tak bał się tego trzeciego ataku, że go właśnie dlatego dostał.
Noc spędziłem bezsennie. Nazajutrz o godzinie siódmej byłem już na statku wraz ze wszystkimi mymi pakunkami. Po chwili przybył mój towarzysz. Rozgospodarowawszy się jako tako w kabinie, wyszliśmy znów na pokład, na którym panował zwykły przed wyjazdem rozgardiasz. Zdawało mi się, że cały Zanzibar dał sobie rendez-vous337 na pomoście. Europejczycy, zarówno mężczyźni, jak kobiety, Arabowie, Hindusi, Murzyni, którzy przywieźli pakunki, i majtkowie francuscy — wszystko to kręciło się w nieopisanym zamieszaniu wśród stosów skrzyń, kufrów, krzeseł okrętowych, beczek, baryłek itp. Całe szeregi nagich Suahili wnosiły węgiel kamienny, lód, zapasy mięsa, jarzyn i owoców. Statek tak był oblężony przez feluki, krypy, łodzie i łódki, że naokół jego brzucha utworzyła się jakby ruchoma wyspa. Z łódek, które dopiero nadpływały, wioślarze wrzeszczeli ze zwykłą Murzynom gwałtownością o dostęp — ci, co przybyli pierwej, nie chcieli się ustępować; stąd wrzaski, przekleństwa, machanie wiosłami i rwetes jak na jarmarku. Dla mnie nie było już w tym nic nowego, kto jednak widzi po raz pierwszy w życiu podobny odjazd, sądzi, że ludzie poszaleli i że jedynymi rozsądnymi istotami są mewy, które obojętne na cały rwetes pławią się w powietrzu na rozłożonych skrzydłach, bacząc tylko na to, czy na falach nie okażą się jakoweś przydatne do zjedzenia resztki.
Na pomoście nie brak także pożegnań, nawoływań, uścisków, łez. Każdą osobę, która odjeżdża, odprowadzają prawie wszyscy znajomi. Ciasno tak, że nie ma się gdzie ruszyć. W natłoku widzę ojca Stefana, którego odprowadza msgr de Courmont, brat Oskar i wszyscy prawie misjonarze, nie wyłączając przełożonego Braci Białych i ojca Ruby. Kogo tylko poznałem w mieście lub w szpitalu, ten tu jest, albo jako podróżny, albo jako żegnający kogoś z bliskich.
Między innymi jest i syn Muene-Pira, mały Tomasz, którego towarzysz mój zabrał ze sobą jako służącego do Zanzibaru, a który teraz przyjechał z rzeczami na statek. Przedzieram się przez tłum do niego, chcąc mu pozostawić po sobie jeszcze jakąś pamiątkę pod postacią białej i nowej rupii; ale Tomasz tak jest zdumiony ogromem i wspaniałością statku, że moją rupię przyjmuje niemal mechanicznie i zamiast dziękować, szepcze z wytrzeszczonymi oczyma: „O, M’buanam kuba! msuri! msuri!”. W życiu swoim Tomek widział tylko niemiecki parowiec „Wissmann” — i zapewne w głowie mu dotąd nie postało, by takie potworne „pirogi” mogły pływać po morzu.
Ale oto pierwsza świstawka! Na jej głos ruchoma wyspa szalup otaczających statek, łamie się i rozprzęga. Najpierw oddalają się krypy, które przywiozły węgiel kamienny — i przedzierają się między czółnami, zostawiając po sobie obszerne, zaprószone pyłem węglowym kanały, na które wnet wciskają się łodzie osobowe. Na pomoście tętno rozmów przyspiesza się jeszcze, bo już czasu niewiele. Druga świstawka! Rzeka ludzi białych i czarnych spływa po schodach statku ku wodzie. Między wioślarzami gwar jeszcze większy, przepychanie się i niemal bójka oto, kto się pierwszy dostanie do schodów. Rzeka płynie i płynie: rój chustek powiewa z dołu, takiż rój odpowiada im z pomostu. Patrząc przechylony przez burtę, widzę tu i owdzie oczy zalane łzami, wzniesione w górę — i twarze smutne. Ci, co się tu żegnają, niewielką mają nadzieję zobaczyć się jeszcze w życiu. Rozhuśtana fala podnosi czasem łodzie, jakby chciała jeszcze raz zbliżyć ludzi. Białe chustki powiewają ciągle, migocąc w jaskrawym świetle na kształt błyskawic, ale naokół statku czyni się coraz większa pusta przestrzeń. Trzecia świstawka! Słychać szum wody uderzanej powolnymi obrotami śruby i naraz łodzie, postacie ludzkie, domy, wybrzeża i palmy poczynają się lekko odsuwać.
Dziwne uczucie ogarnia człowieka, który nikogo z bliskich tu nie zostawia, a do najbliższych wraca. Składa się na nie radość z powrotu, głębokie zadowolenie, że trudy się skończyły i że z tych zabójczych krain wyniosło się całą skórę, a na koniec wielkie zdziwienie, jak jedna rzeczywistość zaciera drugą i podstawia się za nią w mgnieniu oka. Oto zaledwieśmy ruszyli, widać jeszcze doskonale miasto, pałac sułtański, domy, kiście palm i ciemne głębie mangów, jeszcze powiew od wyspy przynosi zapach sandału i gwoździków, a już to wszystko wydaje się niemal ułudą. Czymś rzeczywistym jest statek, morze, ta droga, w którą dążymy, a tamto — majak, sen.