W ogóle przychodziło wątpić, czy opłacało się szukać konia. W nocy mogły go zjeść drapieżne zwierzęta, bądź kuguary, bądź ostrowidze. Mogli go także skraść Meksykanie. Szukanina wymagała wiele trudów, a pod pewnym względem była nawet niebezpieczna. Ale przywiązałem się już do mego wierzchowca i postanowiłem, nie zważając na nic, pójść w jego ślady.
Zresztą po skończeniu chaty nie mieliśmy z Dżakiem wiele do roboty, zaraz więc po brekfeście zajęliśmy się przygotowaniem do wyprawy. Nie wiadomo było, jak ona długo potrwa, każdy z nas więc wziął mały zapasik sucharów i suszonego mięsa, a oprócz tego każdy uzbroił się jak gdyby na wojnę w karabin, rewolwer i bowie knife, nie licząc lassa, które miało służyć do odprowadzenia konia.
Tak uzbrojeni, poszliśmy przede wszystkim pod drzewo, aby odnaleźć choć jakie takie ślady. Na trawie było ich bardzo wiele: wyrobiła się z nich jakby ścieżka, ale była to tylko ścieżka, którą prowadzałem konia do wody. Oko moje nie mogło nic z niej wyczytać, Dżak jednak położył się na trawie i popatrzywszy na nią uważnie, wykrzyknął wkrótce obyczajem indyjskim:
— Hugh!445
Znalazł, a przynajmniej utrzymywał, że znalazł świeży ślad, chociaż ja nie mogłem upatrzyć w nim różnicy od starych. Koń zszedł, jakeśmy to przewidywali, do potoku. Dalsze ślady zbaczające ze ścieżki wskazywały to wyraźnie. Koń mógł pójść w górę potoku albo na dół, ku Anaheim. Trzeba nam było się z Dżakiem rozstać.
Wybrałem kierunek ku Anaheim, bo jakkolwiek drogę tę odbyłem z Neblungiem w nocy, przecie pamiętałem ją cokolwiek. Świsnąłem na psa i zapaliwszy fajkę, poszedłem. Ranek po wietrze był cudowny. Powiew od strony Oceanu niósł ze sobą wilgoć i chłód. Ptaki śpiewały po obu stronach parowu jak najęte. W miejscach szerszych, gdzie korytarz skalny roztwierał się, ustępując miejsca dolinom, przystępne brzegi strumienia wrzały życiem zwierzęcym. Ptaki piły wodę. Czarne wiewiórki ziemne siedziały na tylnych łapkach, chrupiąc orzeszki laurowe i poruszając wąsikami. Pies mój szczekał z radości, a echo niosło daleko szczekanie, nadając mu dziwnie potężny rozgłos. Była to chwila poranna, chwila tej radości i rozbudzenia się natury, w której drzewa i kwiaty, i ptaki, i wszystko, co żyje, zdaje się wołać: „Evoe!446 radujmy się i kochajmy!”. W takiej chwili starcowi nawet przechodzi ogień życia przez zziębłe kości, a u młodego to aż kipi dusza i prawie skrzydła wyrastają mu u ramion.
Mniej więcej w takim byłem usposobieniu. Coraz nowe doliny, nowe kształty skał, nowe drzewa migały mi przed oczyma. Cała droga, ponieważ poprzednio przebyłem ją w nocy, wydała mi się nową i nieznaną. Jedna szczególniej miejscowość została mi w pamięci. Dolina ta, obejmująca z jakie dwie mile kwadratowe (angielskie), nie była zarośnięta tak zbitą i poplątaną puszczą, jak inne. Był to po prostu ogród wersalski447 na pustyni, strojny w tak cudowne bukiety drzew i krzewów, jakby je układała ręka ogrodnika-artysty. Ciemne, śliczne dąbrowy i małe, rozrzucone wdzięczne gaiki platanów pokrywały większą część przestrzeni: laury układały się w regularne klomby; pojedyncze drzewa tworzyły jakby aleje, których końca nie mogłem dojrzeć. Niepodobna było prawie uwierzyć, aby to natura układała wszystko tak misternie i foremnie. Środek doliny, lekko zaklęsły, pokryty był trawą o zieloności jasnej i świeżej, zdradzającej wilgoć gruntu. Wysokie, rosnące tam krzewy znikały zupełnie dla oka pod skrętami dzikiego winogradu dochodzącego do olbrzymich rozmiarów. Złudzenie, że są to po prostu sztuczne altany, było tak silne, że pierzchło dopiero wówczas, gdym, zbliżywszy się do jednej z nich, dojrzał wyskakującego spod liści szarego, czarno cętkowanego żbika.
W żadnych górach europejskich nie ma nic podobnego. Natura wysiliła się tu, aby stworzyć przepyszny park z całym wymagalnym doborem barw i cieniów, z misternym układem szczegółów, z odpowiednią perspektywą i z mądrym namysłem, tak łudzącym, iż mimo woli patrzyłem i szukałem, czy spośród ciemnej zieloności drzewnej nie błysną mi z oddali białe marmury jakiego pałacu ze zwierciadłami w szybach, ze strojnymi damami na gankach, z jeziorem u stóp i z łabędziami na błękitnej toni448.
Ale okolica była bezludna, milcząca, a ciszę przerywało tylko brzęczenie wielkich złotych much, za którymi uganiały się ptaki. Oczarowany, szedłem bardzo wolno i zatrzymywałem się co chwila. A tymczasem słońce podniosło się wysoko i poczęło dogrzewać. Wyszukawszy wzgórek pokryty mchem, położyłem się pod cieniem dębu, zjadłem kawałek suchara z suszonym mięsem, a następnie poleciwszy straż psu, usnąłem.
Spałem tak dobrze, że rozbudziłem się dopiero koło godziny czwartej. Słońce przebiegło już większą część zwykłego łuku i kłoniło się ku zachodowi. Poznałem, że przed nocą nie będę mógł już zajść ani do osad pasterskich leżących u stóp gór na drodze ku Anaheim, ani też wrócić do chaty Dżaka. Wolałem jednak nocować bliżej osad i dlatego poszedłem naprzód. Park skończył się wkrótce, a amfiteatr czerwonych skał zacieśnił się znowu w wąską i ciemną gardziel. Przy samym wejściu do niej spotkałem jeźdźca, starego jakiegoś Meksykanina, o czarnych, podobnych do końskiej grzywy włosach i złodziejskiej twarzy. Zaczęliśmy ze sobą rozmowę, wedle obyczaju meksykańskiego niezmiernie grzeczną, tytułując się jak można najczęściej „usted”449 i „caballero”450. Wypytywałem się o konia, na co „caballero”, mający, mówiąc nawiasem, minę ostatniego rzezimieszka, odpowiedział, że konia nie widział, ale że widział ślady szarego niedźwiedzia, czemu zresztą ani na chwilę nie uwierzyłem. Po czym z prawdziwie meksykańską uprzejmością, przepraszając za śmiałość „de hacer cuestion”451, począł wypytywać: co robię w górach, czy mam tu jakich znajomych i gdzie mieszkam. Może chciał się wywiedzieć, czy będzie mógł bezkarnie rzucić na mnie lasso, w chwili gdy się od niego odwrócę, aby zrabować moją broń. Ale ja także dosyć już znałem Meksykanów i mimo wszelkich „usted”, trzymając palec na cynglu, gotów byłem roztłuc na kawałki czaszkę drapichrustowi, skoro bym tylko spostrzegł, że poczyna odwiązywać sznury. Nie bałem się go wcale i rozmawiałem z nim po prostu drwiąco, co go nawet mieszało, byłem jednak zdecydowany nie pierwej pójść w drogę, aż uprzejmy rycerz oddali się na kilka rzutów lasso. Ale jak tylko powiedziałem, że mieszkam u Harrisona, ostrożność stała się zbyteczną. Caballero wpadł w zachwycenie: powiedział, że zna Dżaka, że jest to znakomity (considerable), a nawet wielki (grande) człowiek, a jego przyjaciele muszą być tacy sami, po czym pojechał przed siebie. Widocznie Dżak miał w górach opinię wzbudzającą poszanowanie. Ale w ogóle skłonni do rabunku meksykańscy caballerowie niezmiernie boją się skwaterów z powodu ich solidarności. Za jednego zamordowanego skwatera inni, chociażby zamieszkali bardzo daleko, ujmują się natychmiast i póty tłuką wszystkich napotkanych Indian i Meksykanów, póki ci ostatni sami nie wydadzą winnego.