— A czy mnie przyjmą?
— Przyjmą i cieszyć się będą. Brat biały będzie polował razem z czerwonymi w wąwozach, przyjedzie, kiedy zechce, odjedzie, kiedy zechce, będzie zasiadał u ogniska czerwonych, palił z nimi i nikt z pokolenia Cachuilla nie podniesie na niego ręki.
Tymczasem Lucjusz, który słuchał z daleka naszej rozmowy, zbliżył się i pytał:
— Jak to, chcesz pan mieszkać w ich trzcinowych namiotach?
— Tak jest.
— I nie obawiasz się?
— Czyżby mieli rzucić się na mnie?
— Nie, bo gdyby który z tych czerwonych diabłów śmiał to zrobić, roztrzaskaj mu łeb w jego własnym wigwamie.
— Z pewnością to zrobię.
— All right, ale nie obronisz się pan innemu niebezpieczeństwu, to jest wszom. Ja — mówił dalej Lucjusz — znam ich z tego i by God! gdybym miał dziś w kieszeni tyle dwudziestodolarówek, ile każda z tych małp ma wszy w głowie, założyłbym bank we Frysko (San Francisco).