W Calais sale dworca kolejowego roiły się pasażerami przejeżdżającymi do Anglii. Zrobiliśmy znajomość z pewnym komiwojażerem, który, jak mówił, przepływał już przez kanał więcej razy, niż wszyscy obecni mieli włosów na głowie. Wypytywaliśmy się go, czy spodziewa się dobrej pogody.
— Kanał na wiosnę wypija zawsze za wiele dżinu i dlatego boksuje wściekle każdego, kto po nim pływa — odpowiedział ów dżentelmen, zagłębiwszy ręce w kieszeniach.
— Ale jednak pogoda jest piękna — rzekłem, starając się wydobyć zeń jaką taką pomyślną wiadomość.
— Tak, ale są krótkie fale.
— Krótkie fale? — spytałem tonem, jakbym wiedział, co są krótkie fale, gdy tymczasem nie miałem o tym najmniejszego pojęcia...
— Tak jest — odrzekł komiwojażer i zagłębiwszy prawie po łokcie ręce w kieszeniach, zaczął przypatrywać się końcom swych butów, gwiżdżąc przy tym arię z Balu maskowego85:
Ach! mów, czy życzliwe czekają mnie fale!
Inny dżentelmen, który przysłuchując się naszej rozmowie, wkładał do ust i wyjmował z nich ustawicznie gałkę swej laski, jakby dla przekonania się, czy usta jego mają dostateczny rozmiar, niezbędny w morskich podróżach, zwrócił się ku mnie i rzekł dogmatycznym tonem:
— Trzeba wypić butelkę portweinu86 i zjeść jak najwięcej śliwek suszonych!
— Garson! — zawołałem — butelkę portweinu i jak najwięcej śliwek suszonych.