— A więc tam są Indianie?

— O tak, półoswojeni Indianie, a przy tym lwy górskie, niedźwiedzie, jelenie i Bóg wie nie co!

Wówczas w księdze zamiarów zaginałem kartę, na której było napisane słowo: „Pojadę”.

Odtąd Anaheim Landing nudził mnie już coraz bardziej, ale zabijałem czas, pisząc i obmyślając plany rozmaitych utworów literackich. Wtedy to ukazał mi się w pierwszych zarysach i ów utwór375, który wam już przesłałem, a który może obudzić w swoim czasie choć słabe echo. Wieczorami pisywałem także dalszy ciąg: Z życia i natury, Hanię i Selima, ale to nie kleiło się bardzo. Wiecie, jak to czasem bywa: „Krzycz, wrzeszcz jak czajka: nie przyjdzie bajka!”376 — mawiał nasz Jachowicz377. Tak było i ze mną. Tamten pierwszy utwór pochłonął mnie tak dalece, że pisząc Selima, myślałem o czym innym. Nie posądzajcie mnie jednak o próżniactwo. Listów moich macie dosyć, a przy tym i z Selimem może niedługo dopłyną do końca378.

Zabiera mi także niemało czasu uczenie się rozmaitych języków. Po angielsku umiem już nieźle się rozmówić. W Landing uprawiałem bardzo gorliwie hiszpański. W południowej Kalifornii bez hiszpańskiego ani rusz; zresztą skłoniły mnie do studiów nad nim znajomości z rozmaitymi senoritami, z którymi chciałbym rozmawiać w ich ojczystym języku. Senorita Ameryka i senorita Słońce pomagały mi ku wielkiej niespokojności Maxa bardzo gorliwie i dzięki im robiłem rzeczywiście zadziwiające postępy; przy tym Horain przysłał mi z San Francisco doskonałe książki i francusko-hiszpański słownik: nie brakło mi więc niczego.

Nie brakło mi nawet ochoty, bo polubiłem ten najpiękniejszy ze wszystkich na świecie język, w którym każde słowo dźwięczy jak srebro, każda litera drga własnym melodyjnym drganiem, tę męską, szlachetną a śpiewną mowę, która tak łatwo czepia się pamięci, jak magnes żelaza. Kto przeszedł i złamał wszystkie trudności angielszczyzny, nauczył się wykręcać językiem jak wrzecionem, wymawiać dźwięki pozbawione wszelkiej wyrazistości, temu, gdy weźmie się do hiszpańskiego, wydaje się, że spośród cierni i głogów wszedł nagle do ogrodu pełnego kwiatów. Nie znam łatwiejszego języka pod względem wymawiania, jak hiszpański. Pamiętam, gdy pierwszy raz wziąłem książkę do ręki i otworzywszy ją, trafiłem na frazes: „Examina, o mortal, tu corazon, ahi veras los motivos de tus aciones!379 — co po francusku będzie: „Examine, o mortel, ton coeur, tu y verras les motifs de tes actions!” — wykrzyknąłem z radością: „Ależ ja umiem po hiszpańsku!” — prawie tak, jak u Molière’a380: „Ależ ja piszę prozę!”. Rzeczywiście, kto zna łacinę i francuszczyznę, dla tego nauczenie się mowy Cervantesa381 jest kwestią nie lat i miesięcy, ale paru tygodni.

Potrzeba mieć jednak do pomocy jaką senoritę Amerykę lub senoritę Słońce. Zwracam uwagę pedagogów na tę nową metodę uczenia języków, dodając przy tym nawiasowo od siebie, że im senorita będzie mniej piegowata, tym postępy wszelakiego ucznia będą szybsze i większe.

Prócz pisania i uczenia się po hiszpańsku czytywałem także poważne książki angielskie; wpadł mi na przykład w rękę przekład Lassala382, z którego nauczyłem się wiele. Od czasu do czasu Horain z San Francisco przesyłał mi naszą gazetę i „Tygodnik Ilustrowany”. Była to dla mnie zawsze prawdziwa uroczystość, ale czytując zwykle zbyt łapczywie, kończyłem za prędko i potem sam sobie czyniłem gorzkie wyrzuty. Jak stary rumak bojowy, przywykły za młodu do trąbki, później, ilekroć dźwięki jej usłyszy, rozdyma nozdrza, jeży grzywę i oczyma iskrzy: tak i ja, rozczytując się to w polemikach, to w poruszanych kwestiach literackich, całą duszą wyrywałem się nieraz do Warszawy, między te stosunki literackie, walki prądów, myśli i osobistości nawet, słowem: w cały ów świat, gorączkowy trochę, ale żywy, i żywotny, ateński i streszczający w sobie życie duchowe całego ogółu. Bywały chwile, w których myślałem, że mi to wszystko obrzydło, w których czułem się zmęczony i utęskniony za naturą, a oto jednak teraz znów dawny nałóg odzywał się z niepojętą siłą.

Chciałbym nieraz zabrać głos w tej lub owej kwestii, rzucić swój grosz wdowi do tej lub owej skarbonki, skrzyżować szpady z tym lub owym przeciwnikiem, skrzesać ognia na rogach jakiegoś pauvre diable boiteux383, poruszyć żółć temu lub owemu, szepnąć w ucho jakiemu śpiącemu komitetowi: „Zbudź się i chodź do piekła!”. Ot! tęsknię czasem do tej smutnej roli Chochlika-felietonisty, którą odgrywałem, jakem umiał, przez parę lat, a którą tak się zmęczyłem, że ażem przyjechał tu odetchnąć — między kuguary, grzechotniki i niedźwiedzie!

Ale cóż, gdy pomyślę sobie, że nim głos mój was doleci, kwestie zestarzeją się jak panny czekające próżno na mężów i ludzie o nich zapomną — pióro wypada mi z ręki.