Aż raz pewnego poranku rozbudził mnie jakiś szmer. Na świecie było jeszcze szaro i w tym bladawym półświetle, półcieniu ujrzałem Maxa stojącego na krześle ze sznurem w ręku i majstrującego coś około wielkich gwoździ wbitych w ścianę, na których wisiały meksykańskie kulbaki390.

Myślałem, że może nie zdoławszy się zdecydować, którą senoritę więcej kocha: Amerykę czy Słońce — Max umyślił się powiesić, więc na wpół przestraszony podniosłem się na łóżku i spytałem go, co robi.

— Jadę, sir, do Harrisona — odpowiedział. — Będzie już z rok, jak pożyczyłem mu sto talarów391; jadę teraz odebrać.

— Gdzież mieszka ten Harrison? — spytałem niedbale.

— O! daleko: w górach.

— W górach?

Zerwałem się na równe nogi. Chwila oczekiwana nadeszła.

Max i tak musiał wziąć parę koni, bo miał przywieźć z gór klepek do beczek i kilka baryłek miodu; kulbak miał także kilka. Wszystko więc składało się jak najlepiej.

Zapaliłem świecę i począłem się pakować.

W pół godziny byłem gotów, a w godzinę później kołysałem się już w lekkim galopie na wysokim, meksykańskim siodle. Obok nas biegły psy: mój i Maxa. Byliśmy obaj z Maxem uzbrojeni doskonale: rewolwery sterczały nam za pasem, a oprócz tego każdy z nas miał nawinięte na kule kulbaki lasso, ową najgroźniejszą broń meksykańską, z którą Kalifornijczycy ruszają śmiało nawet na niedźwiedzia, a którą, mówiąc nawiasem, nie umiem władać. Gładka moja strzelba nie na wiele by się wprawdzie w razie wypadku w górach przydała, ale Max obiecał się wystarać dla mnie w Anaheim o gwintowany karabin, sam zaś miał kentucki „rajfel” ważący z jakie czterdzieści funtów i niosący na pięćset kroków stożkową kulę392.