Dziś zdaje mi się, że podróż moja rozpoczęła się naprawdę dopiero od chwili, w której przybyłem w te góry; czyż bowiem można nazwać podróżą przebieganie mórz w pysznych okrętach lub stepów w wygodnych wagonach Pulmana... — dalej, zatrzymywanie się po hotelach, zwiedzanie miast i tym podobnie? Jakaż to rola takiego ucywilizowanych stron badacza-podróżnika? Wiozą go jak pierwszy lepszy kufer — ot, i wszystko. Jedyną czynną rolą, jaka mu pozostaje, jest wydawanie pieniędzy. Ale w tych górach, prawie bezludnych, a przynajmniej leżących poza cywilizacją, rola podróżnego odmienna i bezwarunkowo czynna. Jedynym paszportem i biletem na podróż jest twój własny karabin; jedynym sposobem przenoszenia się z miejsca na miejsce — twoje własne nogi lub na wpół dziki mustang, którego ile razy chcesz dosiąść, tyle razy musisz najprzód na wpół udusić w skrętach lasso; który nie zaniedbuje żadnej okoliczności, aby cię wierzgnąć, chwycić zębami, i który toczy przerażonym, krwawym okiem, skoro tylko do niego się zbliżysz.
Tu przy tym za przewodnika służy ci twój własny instynkt, sypiasz pod gwiazdami w rozpadlinie skalnej, którą własnymi rękoma musisz poprzednio oczyścić ze skorpionów i węży; grzejesz się, jeśli sam napalisz ogień; jesz, co sam upolujesz; jednym okiem śpisz, drugie gubisz w ciemnościach, badając niebezpieczne ich głębie; zrywasz się na lada szelest; chwytasz za karabin, gdy pies zawarczy i zjeży sierść na karku.
Krótko mówiąc, podróżujesz jak prawdziwy mężczyzną; wszystkie pierwiastki twej dzielności niezmarnowane życiem miejskim wchodzą w grę z niebezpieczeństwem. Wszystko, co się staje, staje się przez ciebie dzięki twemu męstwu, energii i przezorności. Ani na chwilę, nie możesz być biernym. A przy tym jeszcze jedno: nie tylko przypatrujesz się, ale odkrywasz. Przyznacie mi, że jedynie taką podróż można nazwać podróżą prawdziwą, czynną i twórczą.
Całe dni i miesiące takich podróżniczych warunków miałem teraz przed sobą, ponieważ owe góry: Tamiscal, Santa Ana i San Bernardino, w które przedostałem się po wielu usiłowaniach, leżą poza ucywilizowanym kalifornijskim pasem. Ów pas ciągnie się z północy na południe, brzegiem morskim, od Oregonu aż do miasta San Diego, leżącego prawie już na granicy między właściwą Kalifornią a tak zwaną Lower Kalifornią, półwyspową i należącą do Meksyku. Na północy, zwłaszcza koło San Francisco, ów szlak cywilizowany szeroki jest i obejmuje cały kraj od Oceanu Spokojnego aż do grzbietów Sierra Nevada, stanowiących granicę od złotodajnej, ale posępnej i pustynnej Nevady. Kraj w tym miejscu dobrze jest zaludniony, nie gorzej nawet niż Królestwo Polskie. Śliczne doliny leżące między pasmami gór środkowych, jako też i same góry pokryte są siedliskami ludzkimi. Gdym kilka miesięcy temu patrzył o wschodzie słońca ze szczytu Mount Diablo na okolicę leżącą u nóg moich — z różowej mgły porannej wynurzyła się z jednej strony szmaragdowa toń morska zatoki z mnóstwem masztów, żagli i różnobarwnych chorągiewek; z drugiej — cały kraj budzący się ze snu, ale tak wdzięczny, że chyba i szatan nie kusił piękniejszym ze szczytu urwiska Chrystusa. W zielonych dolinach błyszczały złote, i srebrne taśmy wijących się strumieni; na dolinach miasta pełne wież, których iglice i gałki całował pierwszy promień wschodu; więc ogromne San Francisco, mniejszy Oakland, Heywards, Benicia, kalifornijski New York, Brooklyn, San Leandro, Sant Mateo, Valleio, Martinez, San Pablo, z drugiej zaś strony stołeczne Sacramento oblane czerwonymi falami rzeki tegoż nazwiska.
Z samej już ilości wymienionych miast leżących w promieniu oka naokoło Mount Diablo możecie miarkować397, jak kraj obficie w tych miejscach jest zaludniony. Gdyby nie niebo dziwnie błękitne nad moją głową, gdyby nie zbyt ciepły oddech porannego wiatru, gdyby nie kolibry i wielkie złote motyle wijące mi się nad głową, gdyby na koniec nie Feb398 zbyt palący i promienny, co wszystko już wpółzwrotnikową krainę zdradzało, mógłbym sądzić, że spoglądam np. z wieży Św. Guduli na okolice Brukseli, tak kraj był uprawny, tak podobny do jednego ogromnego ogrodu i tak gęsto zasiedlony. Między miastami farma bielała przy farmie; to znów młyny wodne, to wietrzne studnie podobne do naszych wiatraków; to płuczkarnie złota, długie po kilka mil angielskich, a wszystko to utulone w zieleń mirtów, cyprysów i drzew gumowych, zatopione w zwojach bluszczów, lianów399, dzikiego wina lub zdobne palmami rozpościerającymi nad ludzkim siedliskiem, na kształt opiekuńczych ramion, swoje szerokie liście.
Ale zstępując od San Francisco ku południowi, aż do San Diego, ten ucywilizowany, zaludniony i uprawny szlak zwęża się coraz bardziej. Przyczyną tego nie jest mniejsza urodzajność gleby, bo przeciwnie, brzeg morski, zamieszkały, mniej jest żyzny od pustych jeszcze kanionów górskich; nie żyzności więc ziemi szuka ludność tutejsza, ale przede wszystkim bliskości miast, zwłaszcza portowych, w których mogłaby znaleźć łatwy zbyt owoców swojej pracy, i dlatego też kupi się głównie koło brzegów. Najważniejszą jednak przyczyną jest mała, na ogół wziąwszy, ludność Kalifornii. Na sześć tysięcy mil kwadratowych jest tylko siedmset tysięcy mieszkańców, wobec czego nie jest rzeczą ani nienaturalną, ani dziwną, że odleglejsze ziemie, choćby nad wszelki wyraz hojne i bujne, nie są jeszcze zajęte.
Gdy posuwając się od Anaheim na wschód, w kierunku gór, koń twój przebiegnie szerokie i piaszczyste koryto rzeki Santa Ana, wiedz o tym, że wyjechałeś już ze stron ucywilizowanych, w których ziemia jest rozdzielona i stanowiąca prywatną własność, w których społeczeństwo żyje pod prawem Stanów Zjednoczonych, stosunki są uregulowane, a własność ziemska oznaczona. Po prawej stronie tej rzeki zaczynają się ziemie rządowe, z rzadka zamieszkałe przez skwaterów lub Indian, po większej części jeszcze niezajęte i oczekujące pionierów. Jedynym prawem, zresztą z powodu uczciwości i oświaty skwaterów nigdy niestosowanym, jest tu straszliwe prawo lynch, dające się chyba wyrazić w słowach: nie ząb za ząb, nie oko za oko, ale za wszelki zamach, tak przeciw osobie, jak przeciw własności, jedna tylko kara — powróz.
Ziemie te podzielone są na tak zwane klemy, czyli kwadratowe cząstki zawierające po 160 akrów. Właściwie jednak podział ten nie jest pomiarem, bo w oddalonych połoninach górskich nigdy jeszcze nie postała noga inżyniera, ale raczej prawem dozwalającym każdemu Amerykaninowi lub kandydatowi na obywatela Stanów Zjednoczonych brać wymienioną ilość ziemi na pożytkowanie pod warunkiem zapłacenia rządowi w ciągu lat dziesięciu po półtora dolara za akr. Po upływie tego czasu pożytkowanie, czyli tak zwany usus, zmienia się już w bezwarunkową własność, którą można sprzedać, darować, wydzierżawić, słowem: robić z nią, co się podoba. Konieczność płacenia rządowi istnieje zresztą na papierze, w rzeczywistości bowiem skwatera, który ziemię wolną zajął, obrobił i zabudował, choćby grosza za nią nie zapłacił, żadne prawo wyrugować nie jest zdolne.
Wobec tak dogodnych warunków, wobec łatwości zajmowania ziemi, przy którym nie masz żadnych prawnych kłopotów, wobec wreszcie tego, że doliny owe i hale, pokryte po największej części odwiecznymi lasami dębów, platanów i laurów, bajecznej są prawie urodzajności — zdawałoby się, że ludność skwaterska powinna się roić i mrowić, a jednak tak nie jest. Mówiłem już o głównej przyczynie: ludzi nie ma! Zbiegłaby się zapewne liczna i goła, a niemająca nic do stracenia gawiedź emigrancka, ale na przeszkodzie temu stoją niezmierne odległości dzielące Kalifornię od stanów zachodnich i przede wszystkim to, że podróż nad brzegi Oceanu Spokojnego już nie z Europy, ale z New Yorku, Filadelfii, Waszyngtonu lub Bostonu kosztuje więcej niż dwa klemy, za które, jak wspomniałem, płaci się przez lat dziesięć.
Co zaś do Amerykanów osiadłych w miastach, są to bez wyjątku tak zwani businessmeni, czyli ludzie trudniący się przemysłowymi lub handlowymi sprawami, którzy w osiedlaniu się w górach i na pustkowiach żadnej nie widzą korzyści materialnej; względy zaś poetyczne, jako to: malowniczość położeń, samotność, niezmącony spokój i życie na łonie natury, są to rzeczy, za które prawdziwy Jankes nie da i pięciu centymów.