VI.
Jakoż zapowiedziane cudo przyszło nazajutrz o dziewiątej. Swirski był już ubrany i czekał z niecierpliwością i niepokojem — na szczęście obawy okazały się płonne: pierwszy ruch oka zadowolnił go. Modelka była wysoka, wysmukła, bardzo zręczna, głowę miała małą, twarz drobną, śliczny zarost czoła, długie rzęsy i wielką świeżość cery. Przedewszystkiem jednak Swirskiego zachwyciło to, że posiadała twarz „swoją własną” i w wyrazie coś dziewczęcego. „Ruchy ma szlachetne — pomyślał — i jeśli jest tak zbudowana, jak się wydaje, to «eureka!» Zamówię ją na długo i będę woził z sobą!”
Uderzyła go też jej nieśmiałość i spojrzenie, jakby wystraszone. Wiedział wprawdzie, że modelki czasem udają nieśmiałość. Przypuszczał jednak, że ta nie udaje.
— Jak ci na imię, moje dziecko — spytał.
— Marya Cervi.
— Jesteś z Nizzy?
— Z Nizzy.
— Czy pozowałaś kiedykolwiek?
— Nie, panie.
— Wprawne modelki wiedzą, czego się od nich chce, a z nowicyuszkami jest kłopot. Nie pozowałaś ani razu w życiu?