— Ha, a widocznie lubi liczyć?
Malinka rozgniewała się.
— Liczyła w swoim czasie na Szwarca... zawiodła się. Jakże można ją potępiać, kiedy jego nie ma? czy pan rozumie? nie ma!
Augustynowicz milczał.
— Boleśnie się zawiodła — mówiła dalej Malinka — i niech mi pan wierzy, ja jedna wiem, ile ją to kosztuje. Mimo, że już nie przyjaźnimy się tyle, co dawniej — sama mnie odsunęła — mimo tego, jednak nieraz widzę jak cierpi. Wczoraj weszłam do jej pokoju i zastałam ją we łzach. „Lulu! — pytam, mimo że odsunęła się ode mnie — co tobie jest?” „Nic, cierpię ból głowy” — powiada. „Lulu moja — mówię — ty na serce cierpisz, nie na głowę!” Chciałam się jej rzucić na szyję, ale odsunęła mnie ręką, a potem wstała taka dumna, żem się jej przelękła. Łzy jej oschły. „Płakałam ze wstydu — rzekła z mocą. — Chciej mnie zrozumieć: ze wstydu!” Chciałam ją zrozumieć, alem nie mogła; tylko wiem, że wieczorem tego dnia znów ją widziałam we łzach. A widzi pan?
— Czegóż to wszystko dowodzi?
— Że jej niełatwo zrzec się myśli o Szwarcu. Co tam zaszło? co tam zaszło, że jego nie ma?
— A gdyby był?
— Nie poszłaby za Pełskiego!
— Żartuję sobie z tego „nie poszłaby”.