— Kocham innego! — oto była treść tej odpowiedzi.
Pełski chciał się dowiedzieć, kto był „ten inny”; Lula powiedziała mu bez wahania, po czym — jak zwykle się czyni w takich razach — ofiarowała mu swą przyjaźń.
Ale Pełski nie przyjął ofiarowanej mu na pożegnanie ręki.
— Za wieleś mi zabrała, za mało dajesz, kuzynko — szepnął zgnębionym głosem. — Za szczęście całego życia... przyjaźń!
Jednak Lula nie czuła wyrzutów po jego wyjściu; myślała wówczas o czym innym. Bywa to złą stroną miłości, że nigdy nie myśli o czym innym, tylko o sobie. Wyłącza szczegóły, a za to włącza ogół. Czujesz, że gdyby świat był człowiekiem, przycisnąłbyś go do piersi i ucałował w głowę, jak ojciec.
Coś podobnego czuła Lula, gdy szła do pokoju Malinki po wizycie Pełskiego. Potrzebowała wyznać komuś wszystko, co jej leżało na sercu.
Malinka siedziała przy oknie, a na pociemniałych mrokiem szybach widać było jej łagodną, zamyśloną twarzyczkę. Nagle ręce Luli oplotły się koło jej szyi.
— To ty, Lulu? — spytała cicho.
— Ja, Malinko! — szepnęła Lula.
Siadła na małym stołeczku, u nóg Malinki, głowę położyła na jej kolanach.