— Alboż ja jej co zarzucam! — przerwała pani Wizbergowa.
— Nie o to chodzi. Pojmuję, jak paniom przykro musiało być rozłączyć się z nią, i szkoda, że mi pani nie dała wcześniej znać o jej zamiarze. Osoba, z którą Szwarc miał się żenić, nie żyje.
— Nie żyje?
— Tak jest. Ale z drugiej strony, prócz smutku dla pań, nic więcej złego ten wyjazd nie przyniesie. Szwarc nie złożył egzaminów doktorskich, przede wszystkim musi o nich pomyśleć, bo to jego kawałek chleba. Kiedy wyzdrowieje i zapewni sobie utrzymanie, trafi za nią i do Odessy, ale na to potrzeba czasu. Szwarc bardzo się zmienił; nic nie szkodzi, że Lula zrobiła wszystko, co może ją jeszcze bardziej wynieść w jego opinii.
Pani Wizbergowa odeszła ze ściśniętym sercem. Augustynowicz stał chwilę w miejscu, wreszcie otrząsnął się z zamyślenia i szepnął:
— Odrzuciła drugi raz rękę Pełskiego... chce pracować na siebie!... Och, Szwarc, Szwarc! choćby przez większe od twoich cierpienia dojść...
Nie dokończył zaczętej myśli, machnął ręką i wszedł do celki.
— Czego chciała Wizbergowa? — spytał apatycznym głosem Szwarc.
— Lula wyjechała do Odessy — odrzekł szorstko Augustynowicz.
Szwarc zamknął oczy i pozostał przez długą chwilę nieruchomy. Wreszcie odezwał się: