— Kto go bierze na własną odpowiedzialność? — spytał któryś z antagonistów Szwarca.
— Ja! — krzyknął grzmiącym głosem Szwarc i cisnął czapkę na ziemię.
W izbie powstał gwar i zamieszanie. Szwarca poparł całym wpływem Wasilkiewicz, inni się upierali za wydaleniem — zrobił się „huczek niemały”. Szwarc wskoczył na ławkę i, zwracając się do Augustynowicza, krzyknął:
— Przebaczają ci! Zabieraj się i chodź ze mną!
Wyszedłszy, zatarł ręce z wewnętrznej radości i zawołał:
— Szkoda było takiej głowy! Prócz tego, zjedzą diabła, jeżeli coś teraz zrobią beze mnie!
— Szwarc! dlaczego mnie ratowałeś? — pytał Augustynowicz.
Szwarc zwrócił ku niemu twarz surową.
— Dziś jeszcze sprowadzisz się do mnie.
Inny tymczasem dramat rozgrywał się w mieszkaniu Potkańskiej. Była to szczególniejsza kobieta; nie mogła, nie umiała żyć, nie uczepiwszy życia o jakieś uczucie. Pierwszy raz trafiła szczęśliwie, więc była wzorem matki i żony. W obecnej chwili zdawało jej się, że znalazła ratunek w Szwarcu, a tu miesiące płynęły, jak go nie widziała. Coraz usilniej pragnęła go, coraz usilniej opierał się temu Gustaw.