— Ej, bo mnie się zdaje, że my się skądciś znamy. A czy my się to nie na weselu w chutorze na Rusi widzieli?

— A tak jest! — rzekł hardo watażka, kładąc znowu rękę na głowni.

— Jak zdrowie służy? — pytał Zagłoba. — Bo waćpan tak jakoś nagle wtedy z chutoru wyjechał, że i pożegnać się nie miałem czasu.

— A waszmość tego żałował?

— Pewnie, że żałowałem, bylibyśmy potańcowali: kompania się zwiększyła. — Tu pan Zagłoba wskazał na Wołodyjowskiego. — Właśnie ten oto kawaler nadjechał, który rad by się był z waścią bliżej poznać.

— Dość tego! — krzyknął pan Michał, wstając nagle. — Zdrajco, aresztuję cię!

— A to jakim prawem? — spytał ataman, podnosząc dumnie głowę.

— Boś buntownik, wróg Rzeczypospolitej i na przeszpiegi tu przyjechałeś.

— A waść coś za jeden?

— O! Nie będę się tobie wywodził, ale mi się nie wymkniesz!