— Gdzie jedziesz? — pytał Wołodyjowski.
— Do Warszawy, do księcia pana.
— Księcia nie ma w Warszawie. Pojechał do Krakowa z królem jegomością, przed którym ma nieść jabłko na koronacji.
— A mnie pan Weyher do Warszawy wyprawił z listem i z zapytaniem, gdzie książęce regimenta mają iść, bo już, chwalić Boga, w Zamościu niepotrzebne.
— To i nie potrzebujesz nigdzie jechać, bo my wieziemy ordynanse.
Pan Longinus zasępił się, bo z duszy życzył sobie dotrzeć do księcia, zobaczyć dwór i szczególniej jedną małą osóbkę na tym dworze.
Zagłoba począł mrugać znacząco na Wołodyjowskiego.
— A taki do Krakowa pojadę — rzekł po chwili namysłu Litwin. — Kazali mnie list oddać, to oddam.
— Chodźmy do izby, każemy sobie piwa zagrzać — rzekł Zagłoba.
— A wy gdzie jedziecie? — pytał po drodze Longinus.