— Pistolety w garść!
I jednocześnie położywszy rękę na cuglach konia pana Zagłoby, począł jego bieg hamować.
— Co robisz?! — krzyknął szlachcic.
— Nic to! Wstrzymuj waść konia.
Odległość między nimi a Rzędzianem, który umykał z Heleną, poczęła się zwiększać coraz bardziej. Na koniec przybyli do miejsca, gdzie gościniec skręcał się dość nagle ku Zbarażowi, a wprost dalej szła wąska drożyna leśna wpół przesłonięta gałęziami. Rzędzian wpadł na nią i po chwili oboje z Heleną znikli w gęstwinie i ciemności.
Tymczasem Wołodyjowski wstrzymał konia swego i Zagłoby.
— Na miłosierdzie boskie! Co czynisz? — ryczał szlachcic.
— Wstrzymamy pogoń. Nie ma innego dla kniaziówny ratunku.
— Zginiemy!
— To zginiemy. Stań tu waść na boku gościńca! Tutaj! Tutaj!