— Puść mnie waszmość pan! — rzekł Skrzetuski.
— Czekaj.
— Za służbą idąc, nie mogę być rozkazom jego mości pana powolny.
— Czekaj! — mówił Łaszcz z uporem pijanego człowieka. — Tobie służba, nie mnie. Mnie tu nikt nic do rozkazania nie ma.
Po czym, zniżywszy głos, powtórzył pytanie:
— A gładka była? Co?
Brwi porucznika zmarszczyły się.
— Tedy powiem waszmości panu, że bolączki lepiej by nie tykać.
— Nie tykać?... Nie bój się. Jeśli była gładka, to żyje.
Twarz Skrzetuskiego powlokła się śmiertelną bladością, ale się pohamował i rzekł: