W tej chwili pan strażnik koronny, blady i bezprzytomny z wściekłości, ale już trzeźwy, wleciał jak bomba.
— Mości książę! Sprawiedliwości! — wołał. — W tym obozie jak u Chmielnickiego, ni na krew, ni na godność względu nie mają! Szablami dygnitarzy koronnych sieką! Jeśli mi wasza książęca mość sprawiedliwości nie wymierzysz, na gardło nie skarzesz, to ja sam sobie ją wymierzę.
Książę porwał się zza stołu.
— Co się stało?... Kto waszmości pana napastował?
— Twój oficer... Skrzetuski.
Prawdziwe zdumienie odbiło się na twarzy księcia.
— Skrzetuski?
Nagle drzwi się otworzyły i wszedł Zaćwilichowski.
— Mości książę, ja byłem świadkiem! — rzekł.
— Ja tu nie racje dawać przyszedłem, jeno kary żądać! — wołał Łaszcz.