— Nie poznajesz mnie, panie szlachcic?
— Czołem! Czołem! Jak zdrowie?
— Nieźle. A waścinym to już ja się zajmę.
— Nie prosiłem Boga o takiego doktora i wątpię, abym mógł strawić twoje lekarstwa, ale dziej się wola boża.
— No, ty mnie kurował, teraz się tobie wywdzięczę. My stare druhy. Pamiętasz, jak ty mnie głowę obwiązywał w Rozłogach, co?
Oczy Bohuna poczęły świecić jak dwa karbunkuły88, a linia wąsów przedłużała się w straszliwym uśmiechu.
— Pamiętam — rzekł Zagłoba — że mogłem cię nożem pchnąć, i nie pchnąłem.
— A ja to ciebie pchnął? Albo cię myślę pchnąć? Nie! Ty dla mnie lubczyk-kochańczyk; ja ciebie będę strzegł jak oka w głowie.
— Zawsze mówiłem, że zacny z ciebie kawaler — rzekł Zagłoba, udając, że bierze za dobrą monetę słowa Bohuna, a jednocześnie przez głowę przeleciała mu myśl: „Już, widać, on mi specjał jakowyś obmyśli; nie umrę po prostu!”.
— Ty dobrze mówił — ciągnął Bohun — ty także zacny kawaler; tak my się szukali i znaleźli.