Jakoż po chwili gromada jeźdźców otoczyła półokręgiem wzgórze. Przy blasku ognia ukazały się głowy końskie z otwartymi chrapami, prychające ze zmęczenia, a nad nimi pochylone twarze jeźdźców, którzy przysłaniając rękoma od blasku oczy, patrzyli bystro w światło.
— Hej, ludzie! Kto wy? — spytał Abdank.
— Raby boże66! — odpowiedziały głosy z ciemności.
— Tak, to moi mołojce67 — powtórzył Abdank, zwracając się do namiestnika. — Bywajcie! Bywajcie!
Niektórzy zeszli z koni i zbliżyli się do ognia.
— A my śpieszyli, śpieszyli, bat’ku68. Szczo z toboju?69
— Zasadzka była. Chwedko, zdrajca, wiedział o miejscu i tu już czekał z innymi. Musiał podążyć dobrze przede mną. Na arkan mnie ujęli!
— Spasi Bih70! Spasi Bih! A to co za Laszek71 koło ciebie?
Tak mówiąc, spoglądali groźnie na pana Skrzetuskiego i jego towarzyszów.
— To druhy dobre — rzekł Abdank. — Sława Bogu, całym i żyw. Zaraz będziemy ruszać dalej.