— Rebelię waszmość przepowiadasz?
— Nie przepowiadam, bo ją widzę, a Chmielnicki lepszy od Nalewajki157 i od Łobody158.
— A kto za nim pójdzie?
— Kto? Zaporoże159, regestrowi, mieszczanie, czerń160, futornicy; i tacy ot!
Tu pan Barabasz wskazał na rynek i na uwijających się po nim ludzi. Cały rynek był zapchany wielkimi, siwymi wołami pędzonymi ku Korsuniowi161 dla wojska, a przy wołach szedł mnogi lud pastuszy, tak zwani czabanowie, którzy całe życie w stepach i pustyniach spędzali — ludzie zupełnie dzicy, niewyznający żadnej religii — religionis nullius162, jak mówił wojewoda Kisiel163. Spostrzegałeś między nimi postacie podobniejsze do zbójów niż do pasterzy, okrutne, straszne, pokryte łachmanami rozmaitych ubiorów. Większa ich część była przybrana w tołuby164 baranie albo w niewyprawne skóry wełną na wierzch, rozchełstane na przodzie i ukazujące, choć była to zima, nagą pierś spaloną od wiatrów stepowych. Każden zbrojny, ale w najrozmaitszą broń: jedni mieli łuki i sajdaki165 na plecach, niektórzy samopały albo tak zwane z kozacka „piszczele166”, inni szable tatarskie, inni kosy lub wreszcie tylko kije z przywiązaną na końcu szczęką końską. Między nimi kręcili się mało co mniej dzicy, choć lepiej zbrojni Niżowcy167, wiozący do obozu na sprzedaż rybę suszoną, zwierzynę i tłuszcz barani; dalej czumacy168 z solą, stepowi i leśni pasiecznicy169 oraz woskoboje170 z miodem, osadnicy leśni ze smołą i dziegciem171; dalej chłopi z podwodami172, Kozacy regestrowi, Tatarzy z Białogrodu i Bóg wie nie kto — włóczęgi — siromachy173 z końca świata. W całym mieście pełno było pijanych, w Czehrynie bowiem wypadał nocleg, więc i hulatyka przed nocą. Na rynku rozkładano ognie, gdzieniegdzie paliła się beczka ze smołą. Zewsząd dochodził gwar i wrzaski. Przeraźliwy głos piszczałek tatarskich i bębenków mieszał się z ryczeniem bydła i z łagodniejszymi głosami lir, przy których wtórze ślepcy śpiewali ulubioną wówczas pieśń:
Sokołe jasnyj,
Brate mij ridnyj,
Ty wysoko łetajesz,
Ty dałeko widajesz174.
A obok tego rozlegały się dzikie okrzyki „hu! ha! hu! ha!” Kozaków tańczących na rynku trepaka175, pomazanych dziegciem i pijanych zupełnie. Wszystko to razem było dzikie i rozszalałe. Dość było Zaćwilichowskiemu jednego spojrzenia, by się przekonać, że Barabasz miał słuszność, że lada podmuch mógł rozpętać te niesforne żywioły skłonne do grabieży, a przywykłe do boju, których pełno było na całej Ukrainie. A poza tymi tłumami stała jeszcze Sicz, stało Zaporoże176 od niedawna okiełznane i w karby po Masłowym Stawie177 ujęte, ale gryzące niecierpliwie munsztuk178, pomne dawnych przywilejów, nienawidzące komisarzy, a stanowiące uorganizowaną siłę. Siła ta miała przecie za sobą sympatię niezmiernych mas chłopstwa mniej cierpliwego niż w innych Rzplitej stronach, bo mającego pod bokiem Czertomelik179, a na nim bezpaństwo, rozbój i wolę180. Więc pan chorąży, choć sam Rusin181 i gorliwy wschodniego obrządku182 stronnik, zadumał się smutno.