— To on! — mruknął Anton i pytał dalej: — A pacholę?
— Oj! Otcze atamane! Każe prosto cheruwym. Takoho my i ne baczyły721.
Tymczasem dopłynęli do brzegu.
Anton wiedział już, czego się trzymać.
— Ej! Przywieziemy mołodycię atamanowi — mruczał sam do siebie.
Potem zwrócił się do semenów:
— W konie.
Pomknęli jak stado spłoszonych dropiów, choć droga była trudna, bo kraj w jary popękany. Ale wjechali w jeden wielki, na którego dnie przy krynicy był jakoby gościniec przez naturę uczyniony. Jar szedł aż do Kawrajca, lecieli więc kilkadziesiąt stajań bez wypoczynku, a Anton na najlepszym koniu naprzód. Już było widać szerokie ujście jaru, gdy nagle Anton osadził konia, aż mu zadnie kopyta zazgrzytały na kamieniach.
— Szczo ce?722
Ujście zaćmiło się nagle ludźmi i końmi. Jakaś jazda wchodziła w parów i formowała się szóstkami. Było ich ze trzysta koni. Anton spojrzał i lubo stary był wojownik, wszelkich niebezpieczeństw zwyczajny, przecie serce zadygotało mu w piersi, a na lice wystąpiła bladość śmiertelna.