— To w stronie Konstantynowa!
— Tak jest. Ano widzicie: coraz jaśniej.
— Jako żywo, to łuna!
Na te słowa twarze spoważniały, wszyscy zapomnieli o opowiadaniu, zerwali się na równe nogi.
— Łuna! Łuna! — powtórzyło kilka głosów.
— To Krzywonos nadszedł spod Połonnego.
— Krzywonos z całą potęgą.
— Przednie straże musiały podpalić miasto lub wsie pobliskie.
A wtem zabrzmiały ciche trąbki alarmowe; jednocześnie stary Zaćwilichowski pojawił się nagle między rycerstwem.
— Mości panowie! — rzekł. — Przyszły podjazdy z wieściami. Nieprzyjaciel w oczach! Zaraz ruszamy! Do chorągwi! Do chorągwi!...