— Siromachy926? — szepnął młody Kozak, zwracając się do starego esauła927.
— Nie, to upiory — odpowiedział esauł jeszcze ciszej.
— O! Hospody pomyłuj928! — zawołali z przerażeniem inni, zdejmując czapki i żegnając się pobożnie.
Konie poczęły tulić uszy i chrapać. Horpyna jadąca na czele orszaku mruczała półgłosem niezrozumiałe słowa, jak gdyby pacierz diabelski. Dopiero gdy przybyli na drugi kraniec wzgórza, odwróciła się i rzekła:
— No, już. Tu już dobrze. Trzymać ja je musiała zaklęciem, bo bardzo głodne.
Westchnienie ulgi wyrwało się ze wszystkich piersi. Bohun z Horpyną wysunęli się znów naprzód, a mołojcy, którzy przed chwilą tłumili oddech, poczęli szeptać do siebie i rozmawiać. Każdy przypomniał sobie, co mu się kiedy z duchami lub upiorami przytrafiło.
— Żeby nie Horpyna, to my by nie przeszli — mówił jeden.
— Mocna wid’ma929.
— A nasz ataman i did’ka ne boitsia930. Nie patrzył, nie słuchał, jeno się na swoją mołodycię931 oglądał.
— Żeby jemu się to zdarzyło, co mnie, to by nie był taki bezpieczny — rzekł stary esauł.