— Dobrze! Hej, Rzędzian!
— A czego? — pytał pachołek, wstrzymując ponownie konie.
Pan Zagłoba zrównał się z nim i milczał przez chwilę, czekając, by Wołodyjowski i kniaziówna oddalili się dostatecznie; na koniec rzekł:
— Wiesz, co się stało?
— Nie wiem.
— Pan Regowski puścił Bohuna na wolność. Widziałem go w Płoskirowie.
— W Płoskirowie? Teraz? — pytał Rzędzian.
— Teraz. A co? Nie zlatujesz z kulbaki?
Promienie księżyca padały prosto na pucołowatą twarz pachołka i pan Zagłoba nie tylko nie dojrzał na niej przerażenia, ale z największym zdziwieniem spostrzegł ów wyraz srogiej, zwierzęcej prawie zawziętości, który Rzędzian miał wówczas, gdy Horpynę mordował.
— Cóż? Ty się Bohuna nie boisz czy co? — pytał stary szlachcic.