— Albo zamiast kitki na czapce.
Wołodyjowski podszedł do Litwina.
— Mospanie! — rzekł. — Niedawno jakeś tu przybył, ale frant, widzę, z waści nie lada.
— A to czemu, brateńku dobrodzieju? A to czemu?
— Boś nam tu najgładszą dziewkę z fraucymeru już zbałamucił.
— Dobrodzieju! — rzekł Podbipięta, składając ręce. — Co waćpan mówisz najlepszego?
— Spojrzyj waszmość na pannę Annę Borzobohatą, w której się tu wszyscy kochamy, jak to ona na waści dziś oczkiem strzyże. Pilnuj się jeno, żeby z waści dudka nie wystrzygła, jako z nas powystrzygała.
To rzekłszy, Wołodyjowski zakręcił się na pięcie i odszedł, pozostawiając pana Longina w zdumieniu. Nie śmiał on nawet zrazu spojrzeć w stronę Anusi i po niejakim dopiero czasie rzucił znienacka okiem — ale aż zadrżał. Spoza ramienia księżnej Gryzeldy dwoje jarzących ślepków patrzyło na niego istotnie z ciekawością i uporem. Apage, satanas!372 — pomyślał Litwin i oblawszy się jak żaczek rumieńcem, uciekł w drugi kąt sali.
Jednakże pokusa była ciężka. Ten szatanek wyglądający zza pleców księżnej tyle miał ponęt, te oczki tak świeciły jasno, że pana Longina aż ciągnęło coś, by w nie choć jeszcze raz tylko spojrzeć. Ale wtem wspomniał na swój ślub, w oczach stanął mu Zerwikaptur, przodek Stowejko Podbipięta, trzy ścięte głowy, i strach go zdjął. Przeżegnał się i tego wieczora nie spojrzał więcej.
Natomiast rankiem nazajutrz przyszedł na kwaterę Skrzetuskiego.