I zaprowadziwszy go do kwatery, nuż molestować, by mu tę funkcję odstąpił:
— Jakeś przyjaciel — rzecze — żądaj, czego chcesz: konia tureckiego, dzianeta; dam, niczego nie będę żałował, bym jeno mógł jechać, bo się we mnie dusza w tamtą stronę rwie! Chcesz pieniędzy, pozwolę, byleś ustąpił. Sławyć to nie przyniesie, bo tu pierwej wojna, jeśli ma być, to się rozpocznie, a zginąć możesz. Wiem także, że ci Anusia miła jako i innym; pojedziesz, to ci ją zbałamucą.
Ten ostatni argument lepiej od innych trafił do myśli pana Bychowca, ale jednak opierał się. Co by książę powiedział, gdyby ustąpił? Czyby mu nie miał za złe? Toć to jest fawor książęcy taka funkcja.
Usłyszawszy to, Skrzetuski poleciał do księcia i natychmiast kazał się przez pazia meldować.
Po chwili paź powrócił z oznajmieniem, iż książę wejść pozwala.
Namiestnikowi biło serce jak młotem z obawy, że usłyszy krótkie „nie!”, po którym nie zostawało nic innego, jak wszystkiego poniechać.
— A co powiesz? — rzekł książę, ujrzawszy namiestnika.
Skrzetuski schylił mu się do nóg.
— Mości książę, przyszedłem błagać najpokorniej, by mnie ekspedycja na Sicz była powierzona. Bychowiec może by ustąpił, bo mi jest przyjacielem, a mnie tak właśnie na niej jako na samym życiu zależy. Boi się tylko Bychowiec, czy wasza książęca mość krzyw za to nie będziesz.
— Na Boga! — rzekł książę. — Toż ja bym nikogo innego jak ciebie nie wysyłał, ale rozumiałem, że niechętnie ruszysz, niedawno taką długą drogę odbywszy.