— Bogdaj mu diabli duszę z gardła wyciągnęli, nim Nowy Rok nadejdzie! — krzyknął z zawziętością Kmicic.
— Amen! — odrzekł szlachcic — jeszcze i jego sługom, jego pomocnikom, jego katom, o których aż tu do nas wieści zabiegły, a bez których nie byłby on się ważył na zgubę tej ojczyzny.
Kmicic pobladł i nie odrzekł ani słowa. Nie wypytywał też, nie śmiał pytać, o jakich to pomocnikach, sługach i katach ów szlachcic prawi.
Jadąc wolno, dojechali późnym wieczorem do Pułtuska; tam wezwano Kmicica do biskupiego pałacu, alias216 zamku, żeby się komendantowi opowiedział.
— Dostawiam konie wojskom jego szwedzkiej miłości — rzekł pan Andrzej — i mam kwity, z którymi do Warszawy po pieniądze jadę.
Pułkownik Izrael (tak nazywał się ów komendant) uśmiechnął się pod wąsami i rzekł:
— O, spiesz się waść, spiesz się, a weź z powrotem wóz, abyś miał na czym owe pieniądze odwozić.
— Dziękuję za radę — odrzekł pan Andrzej — i tak rozumiem, że wasza miłość drwi sobie ze mnie... Ale ja po swoje pojadę, choćby mi do samego króla jegomości jechać przyszło!
— Jedź, swego nie daruj! — rzekł Szwed. — Wcale grzeczna kwota ci się należy.
— Przyjdzie taki czas, że mi zapłacicie! — odrzekł, wychodząc, Kmicic.