— I przybywasz tu, aby Szwedom i Radziwiłłowi zdrajcy nie służyć?
— Tak jest.
— A przecie tam są tacy, którzy mu nie służą i przy ojczyźnie się oponują, są chorągwie, które posłuszeństwo wypowiedziały, jest pan Sapieha, czemuś to do nich nie przystał?...
— To moja sprawa!
— Aha! waści sprawa! — rzekł Czarniecki. — To może mi na inne pytania odpowiesz?
Ręce pana Andrzeja drżały, oczy wpiły się w ciężki miedziany dzwonek stojący przed nim na stole i z tego dzwonka przenosiły się na głowę pytającego. Brała go szalona, nieprzezwyciężona chęć porwać ów dzwon i puścić go na czaszkę pana Czarnieckiego. Dawny Kmicic coraz więcej brał górę nad pobożnym i skruszonym Babiniczem. Lecz się przełamał raz jeszcze i rzekł:
— Pytaj!
— Jeśliś ze Żmudzi, to musisz wiedzieć, co się na dworze zdrajcy dzieje. Wymień mi tych, którzy mu do zguby ojczyzny dopomogli, wymień tych pułkowników, którzy przy nim stoją.
Kmicic pobladł jak chusta, jednak wymienił kilka nazwisk.
Pan Czarniecki wysłuchał i rzekł: