— Hm! Nie ma co! Pięknie to z waści strony, że chcesz choćby prostym żołnierzem zostać, gdyż widać, że fantazja u ciebie okrutna i pokora niełatwo ci przychodzi. Rad byś się bić?
— Pokaże się to ze Szwedami, jakom już rzekł.
— Ba, a jeśli Szwedzi nie przyjdą?
— Tedy wiesz co, waćpan? Pójdziemy ich szukać! — rzekł Kmicic.
— A to mi się podobasz! — zakrzyknął pan Piotr Czarniecki. — Można by grzeczną partię zebrać... Tu Śląsk niedaleko i zaraz by się żołnierzów291 nazbierało. Starszyzna, jako i stryj mój, słowo dali, ale prostych nawet o nie nie pytano. Siła292 by ich można mieć na pierwsze zawołanie!
— I dobry przykład innym by się dało! — rzekł z zapałem Kmicic. — Ja mam też garść ludzi... Obaczyłbyś ich waćpan przy robocie!
— Bo... bo... — rzekł pan Piotr — jak mi Bóg miły!... Dajże pyska!
— A daj i ty! — rzekł Kmicic.
I niewiele myśląc, rzucili się sobie w objęcia.
Przechodził właśnie ksiądz Kordecki i widząc, co się stało, począł ich błogosławić, oni zaś wyznali mu zaraz, o co się umówili. Ksiądz jeno uśmiechnął się spokojnie i poszedł dalej, rzekłszy do samego siebie: